Ubiegły tydzień był strasznie rozmemłany. Problemy żołądkowe przytrzymały mnie w łóżku do środy i okazały się być amebą. Wczoraj wynik badania (nie chcecie wiedzieć badania czego, w każdym razie praca w labo nie zawsze jest czysta, a już na pewno nie pachnąca) potwierdził. Teraz już pewnie ameba spędzona - metronidazol i antybiotyk podaje się na amebę, gdyby ktoś z Was się wybierał w tropiki. W sumie nic wielkiego, ale za słaba byłam, by biegać lub się gimnastykować. Siedziałam więc w domu, a frustracja i omarudzenie narastały coraz silniej. Inna wieść fizjologiczna, tym razem dobra, raczej dobra, to, że moje bóle miednicowe zdaniem kolegi Kocura, reumatologa, to raczej artroza. W pewnym wieku połowa ludzkości ją ma, problem w tym, że do pewnego wieku mi jeszcze daleko. O tyle nie fajnie, że się cholerstwo szybko rozwinęło, prawdopodobnie po naświetlaniach kobaltem. Leczy się tylko ból, ulgę przynosi ciepło i ćwiczenia. Unikać tycia i... wzmacniać pupę - Haniu, tak jak proponowałaś; kapelusze z głów.
W sobotę pojechaliśmy na rodzinny zjazd do Mbour. Po drodze uchwyciliśmy taki oto przewoźny pierdolnik. Znajdź jeden element nie pasujący (pozornie) do pierdolnika.
Miałam zamiar wreszcie pobiegać w niedzielę, ale sobotnie nocne rozrywki musiałam odespać. Koleżanka zorganizowała wieczór polsko - senegalski, dość wystawny, z kateringiem, kelnerami i didżejem. Były polskie dania prosto z Krakowa, wódeczka (nie tknęłam) rybka Thiof z grilla i wiele innych pyszności. No i muzyka. Wytańczyliśmy się za cały karnawał.
A teraz - uwaga. W Senegalu tańczy się dużo i pięknie. Miejscowe Mballach jest bardzo charakterystyczne i widowiskowe. Senegalczycy lubią swoją tradycje, czyli jedzenie, ubrania, muzykę i taniec. A skoro wieczór polsko - senegalski, tańczyliśmy raz przy senegalskiej salsie, mballach, coupe - decale (to z WKS), a raz przy.... no właśnie - "Prawe do lewego" Kaya i Bregovich - klimaty typowo bałkańskie. Ale się uśmiałam. Senegalska część gości, łącznie z bardzo ważną (ale i bardzo piękną) panią minister stanu, skrupulatnie próbowała podchwycić każdy nasz ruch. A tu kawałek krakowiaczka, dalej pijane podskoki, coś podobne do kankakana. Będą się chwalić potem, ze tańczyli po polsku. Cudnie było.
Biegałam dopiero wczoraj. Nie mam nic do sprawozdania. Uczciwe pięć kilometrów. I to wszystko.
Jaka piękna koteczka! Zupełnie pod kolor skórki bloga :)
OdpowiedzUsuńA amebę to kojarzę tylko z tym, że ją rysowaliśmy w zeszytach na biologii. Wrażenie, że w powiększeniu, jakoś się z czasem zatarło, i dlatego kojarzy mi się kiepsko - wielki ośmiornicopodobny potwór.
No ale dobrze, że spędzona (cokolwiek to znaczy :))
I pod kolor kafelków i mebli :D
OdpowiedzUsuńAmeba to nic wielkiego, robak i tyle, odrobaczamy sie tutaj z urzedu co pol roku. I nie pisalabym, ale jakos swoje niebieganie musialam usprawiedliwic ;)
Piękna Koteczka w kolorze sepii:)Pozdrawiam, zdrówka i siły do biegania życzę.M.
OdpowiedzUsuńKotka prześliczna, ale cieszę się, że wygoniłaś zwierzę na a. :) Jeśli chodzi o ćwiczenia pośladków, osteopata-cudotwórca, do którego chodzę od czasu do czasu, twierdzi, że mocna pupa to podstawa ;-)
OdpowiedzUsuńMichealino, dziekuje
OdpowiedzUsuńHaniu, tak, nie ma to jak mocna d..a .:D
ale się uśmiałam z pierdolnika :) :) :) :) :)
OdpowiedzUsuńrewelacyjny :D