czwartek, 20 grudnia 2012

Prezenty od Gwiazdora

Właśnie tak, żeby wszystko było jasne w Dakarowie prezenty przynosi Giazdor, nie jakiś tam Mikołaj.

Dwie listy życzeń wiszą już od jakiegoś czasu na lodówce. W poprzednich latach przyprawiały nas o bolesny skurcz żołądka; listy były dłuuuugie - to, albo to, albo tamto i jeszcze to, to i to. Tegoroczne listy życzeń zadziwiły mnie tym razem swoją skromnością. Każdy nielat chce po dwa prezenty, jeden konkret wyłuszczony, drugi ma być niespodzianką. I już.

A co Ty byś chciała? Podpytywał się Pan Ha. Cóż ja bym chciała? No nie wiem, jakby sie zastanowić, to odrosty wołają o fryzjera (mogłabym pójść do tego najlepszego w mieście), może... no nie wiem, no nie wiem. W Senegalowie włącza mi się skąpiec i nic-nie-potrzebujec.

Zwłaszcza po wizycie na południu, gdzie ..., no właśnie, ciekawe o czym one marzą?

sobota, 15 grudnia 2012

Tak, to ja, głupia matka

Dwa tygodnie temu namawiali mnie na wspólny łykendowy wypad do amerykańskiej mini-bazy wojskowej pod Dakarem. Mąż i dzieci. W  programie demonstarcja broni, basen, quady itede. Zajęta przygotowaniami do własnego wyjazdu, machnęłam ręką - jedźcie sami. Ot, chwila rodzicielskiej nieuwagi z mojej strony, niedbały rzut oka na program zaproponowany przez "Pracę" męża.

Wrócili... oczarowani. - Mama, ja dwa razy ucelowałam z broni snajperskiej z 200 metrów, i wiesz, z tej snajperskiej łatwiej sie strzela niż z pistoletu, a tata to se nos zranił, bo głowy nie odsunął jak strzelał z takiej ciężkiej broni, która ma spory odrzut - trajkotały dzieciaki na zmiane, a mi oczy wychodziły z orbit. - I jeździliśmy quadami, sami, a tata to jechał najwolniej, nie założył googli i cały był czerwony od pyłu - słowotok ciągnął się w nieskończoność.
- I jacy oni przystojni Ci żołnierze (to Średnia), i jakie fajne okulary maja, a te ich super ubranie to bardzo cieżkie (to Najmłodszy) i zobacz - łuski mogłem zabrać - na dowód wyciagną rękę ze złotymi walcami, pustymi z jednej strony...
- no a basen - zapytałam? Miał być basen i gril chyba, nie? - Eee, tam, woleliśmy postrzelać dłużej, basen to nic cool przecież - odparowali. - Mama, to był najciekawszy dzień w moim życiu od czasu wakacji w Polsce - szczerość Średniej mnie rozbroiła i nie przeszło mi przez gardło zdanie, które powinno wtedy paść, że jednak broń służy do zabijania.

Tego wieczoru długo rozmawiałam z mężem i ze znajomymi, że Amerykanie mają zupełnie inne podejście do broni, że u nas w Polsce coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Że gdybym wiedziała, że nie powinnam pozwolić, że... moje dzieci są już w pewien sposób zgubione, że to jak pierwszy papieros, że ich młodziutkie synapsy zostały poddane manipulacji, która może rzutować na całe ich życie.

Po tym co stało się wczoraj w USA, dyskutujemy z nimi, z nielatami.
Ale właściwie powinniśmy na kolana przed nimi paść i powiedzieć, że ta wyprawa, oczarowanie i cały tamten dzień, nie powinien się wydarzyć.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114881,13054703,Strzelanina_w_szkole_podstawowej_w_Connecticut___Sa.html

wtorek, 11 grudnia 2012

Wspomnieniowe sms

Skrzynka sms mi sie zapchała, a żal wywalać sms z czasów chorowania/leczenia, a raczej komplikacji po leczen z powodu których leżałam miesiąc w szpitalu, a lekarze szukali przyczyny temperatury ponad 41 stopni. Przczyny nie znaleźli, ale przebadali mnie na wszystko. WSZYSTKO! Po miesiącu temperatura spadła do 38 i puścili mnie do domu.

Postanwiłam gdzieś uwiecznić te sms i wreszcie, po prawie 3 latach wywalić je z komóry. Zwłaszcza, że niektore smieszna są; inne straszne....
  1. "Zrób im skandal, bo na pewno źle zrobili - musi boleć" - odpowiedź koleżani na mój sms, że punkacja lędźwiowa bolała tyle co nic
  2. "A dziura po pobraniu szpiku z mosztka (ortografia oryginalna męża) zarosła Ci już?" sié biedak/mąż niepokoił na odległość
  3. "Chikungunya" - no więc gdy lekarze szukali co mi jest, przyjaciółka M znalazła w necie info, ze mam objawy jak po ukąszeniu komara z Indii, który roznosi wirus o takiej nazwie. Ostatecznie nie zasugerowałam lekarzowi prowadzącemu badań w kierunku poszukiwania chikungunya, chociaż na boleriozę sami z siebie mnie przebadali. Próbki z krwią oczywiście poleciały do Fr. Nie pytajcie prosze, ile to kosztowało ;)
  4. "Je suis partie pour Geneve pour des examens medicaux. Je pense bien fort a toi. Bisous. C" Kolezanka w niedoli. Ona z piersia walczy i chyba wygrała wreszcie.
  5. "bnjr mme haris c le cabine dentair cest ok nsia (ubezpieczenie) prend en charge le detartrage" - zdalne kierowanie stanem uzębienia dzieci. Średnia przed założeniem aparatu miała sie pozbyć osadu.
  6. "Votre code de verification de google est....." Nie mm pojecia co to, do dzisiaj nie sprawdziłam.
  7. "Bjr nous courons demain matin rv isabelle, seance rapide jeudi matin seance plus cool, jespere que tu vas mieux bizzzz. M" - taaaa, one po 10 kilosów wtedy, a ja ledwo co łyżką do gęby mogłam trafić. Ten sms, miał mi dodać jak to się mówi, po polsko-francusku, kurażu :D
  8. "to może jednak transport sanitarny do Polski? Ale na pewno bedzie dobrze " - to moja sister z PL.... Podkreślony tekst wkurzył mnie jak Was wszystkie, Drogie Przyjaciółki w niedoli.
No to troche miejsca się w skrzynce zrobiło.
A Wasze najśmieszniejsze/najdziwniejsze sms?

niedziela, 9 grudnia 2012

Wróciłam

12 godzin w samochodzie w jedną stronę, dwa dni badań, dwanaście godzin na powrót. Kedougou... Koniec świata i miejsce specjalne. Dla mnie, Maciochy i kilku innych osób.
Mimo podróży do granic wytrzymałości... nie czuję zmęczenia :D

Priorytet to raporty; potem wybiore kilka zdjęć (są fatalne niestety, no ale albo się fotografuje, albo koordynuje i kasy pilnuje) i opiszę.

Jestem zadowolona. Wspaniali lekarze, którzy godzą się za psie pieniądze poświęcić 4 dni pracy i nauki (Malick, Tarek, Tourra - kocham Was, Laye i Samba, też Was kocham oczywiście) badali kobiety od świtu do nocy z przerwą na obiad. Szkoli położne i tłumaczyli, tłumaczyli, tłumaczyli.
A Barbara reprezentowała nas pięknie i godnie. Było dobrze.

Dziś tylko mały przedsmak klimatów - przerwa na śniadanie i tankowanie  w drodze do Kedougou i taki widoczek uchwycony. Podróżowaliśmy lekko lepszym samochodem, całe szczęście...

środa, 5 grudnia 2012

Podróż i projekt

Jadę jutro z samego rańca na południe kraju, pod granicę z Gwineą do Kedoguou. Ostatni raz odwiedziłam to miasteczko pięć lat temu. Teraz jadę z "projektem" (wtedy zresztą też jeździłam, ale z innymi; mniej serca w nie wkładałam to i mniej nerwów mnie kosztowały, ale ja nie o tym).

Patrzcie, na dole po prawej stronie, widzicie, jak to daleko???


Obiecywałam kiedyś, że opiszę i obfotografuję na czym polegają te moje projekty rakowe/pomocowe, czy jak je tam zwał. Podkreślam, jestem tylko mróweczką koordynującą, czyli: wszystkiemum winna i każdy coś chce.

Ale... bateria w aparacie naładowana, zdjęcia porobię i opiszę. Trochę to potrwa, bo zapytam każdego obfotografowanego, czy wyraża zgodę itede, ale myślę, że to będzie najlepsze zakończenie TEGO bloga (bo że będę pisać innego, jestem już przekonana).

Trzymać kciuki za podróż! Czeka nas jutro prawie 800 kilosów.

sobota, 1 grudnia 2012

Łańcuszek

Zofijanna, którą czytam baaaardzo chętnie i z wielką przyjemnością, wyróżniła mnie. Tym.

Mam odpowiedzieć na 7 pytań i nominować kolejne 7 osób by na nie odpowiedziały.
Pierwsze uczynię, z drugim się trochę ociągnę, bo .... no ... jakoś mi tak niezręcznie.

A oto pytania i moje odpowiedzi. Pytania też moje.

1. Białe czy czarne? Brązowe oczywizda
2. Białe czy czarne? Wszystko jedno, byle konkretne, wyraziste i zdeklarowane.
3. Białe czy czarne? Jedno i drugie, przy czym białe zaczynają.
4. Białe czy czarne? Jedno i drugie, bez światłocienia.
5. Białe czy czarne? Czarne, tylko z odpowienią odżywką.
6. Białe czy czarne? Białe.
7. Białe czy czarne? Czarne.

Kategorie i konkrety wg imaginacji szanownego ćzytacza.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Podnieta

Z plikiem wielgaśnych kopert, opisem dolegliwości, listem polecającym od dra Kocura (z którym nomen omen mimo współpracy drę koty niemiłosiernie) dotarłam do profesora neurologa N. Wyczekałam się w kolejce prawie dwie godziny, mrucząc przy tym wlace nie ze zniecierpliwienia, wręcz przeciwnie, z zadowolenia, że skoro podczas tych dwóch godzin przyjął tylko 6 pacjentów, to tylko dobrze o nim świadczy.

Po wywiadzie, badaniu, oglądaniu zdjęć i płytek (bardzo ładne ma pani te panewki biodrowe), zaproponował steryd. Złoty strzał w kręgosłup. Mam do namysłu jeszcze 3 dni. Tak, nie, nie tak?

Wiedział jak mnie podejść. - Przestrzeń między kręgami jest zmniejszona, ale nie na tyle, by po złotym strzale i po odczekaniu kilku miesięcy, nie mogła pani wrócić do biegania - uśmiechnął się na odchodne. - A jeśli chodzi o ból w biodrach, dla mnie ciągle efekt uboczny po naświetlaniu kobaltem. Proszę nie rezygnować z umiarkowanej aktywności fizycznej, ale o maratonie przez najlbiższe kilka lat nawet nie marzyć.
I tak chodzę podnieciona jak głupia... Strzelić se czy nie?


Co jest osobistą miarę sukcesu lekarza - zadowolenie pacjenta, czy jego dobro?

poniedziałek, 5 listopada 2012

o pomoc

Tatuś dziecięcia już pełnoletniego stwierdził, że dziecię owo stanowi dla jego budżetu rodzinnego zbyt duże obciążenie.

I postanowił:
1. nie płacić alimentów, do czasu aż dziecko udowodni, że studiuje. Dziecko studiuje w Wiedniu, legitymacja to świstek papieru ze zdjęciem i pieczątką, tatuś uznał dokument za mało wiarygodny.

2. w przypadku gdy już nie da mu się dłużej wiarygodności austriackiej legitymacji zaprzeczać, oświadczył, że płacić będzie tylko to, co zostało zasądzone .... 16 lat temu, czyli jakieś 180 zeta (mieliśmy dżentelmeńską umowę, że 500).

Wszelkie rady i sugeste co począć, jak uwiarygodnić, jak przemówić, proszę kierować pod mój haris.ania@gmail.com

Z góry dziękuję

niedziela, 4 listopada 2012

Boli

jak licho.

A stało się to tak.
Jechałam w piątek na spotkanie. Ostatnia nawrotka na mini-rondzie i ... czuję, że coś klapie. No to warning włączyłam i dokulałam się do pierwszego zjazdu. Tylna prawa opona, jak po ataku lwa. Cóżem Ci zawiniła, zołzo jedna?! Najpierw księżycem po oczach, wczoraj oponą...

Ale nic to. Przewidziałam, ubrałam się na spotkanie niestosownie, za to bardzo odpowiednio do wymiany koła, w bojówki. Rach, ciach, śruby poluzowane, lewarek, śruby do końca, koło, wyjmuję zapasowe i .... no tak, dzisiaj leżę i kwiczę z bólu.

Ostatecznie robotę dokończył znajomy. Po kie lichi sama się za to zabierałam? Co znowu chciałam sobie i innym udowodnić?

wtorek, 30 października 2012

Ona

A u mnie właśnie tak się objawiła :D
i gdy wracałam z wieczornej nasiadówki, śmiała mi się prosto w nos, pełną gębą.
Musiałam się zatrzymać i pstryknąć.


No bo przecież kto to może być jeśli nie Ona?

Do tego

przydała się Chustka, abym zrozumiała, że można pielęgnować Wartości bez zadęcia i nabzdyczenia.

Do kilku innych spraw też.

piątek, 26 października 2012

czyli przerwa

a może koniec, może przeprowadzka, nie wiem jeszcze. Wyczerpała się formuła: nie biegam i do biegania nie wrócę, rak poszedł skutecznie sio, kręcę się wokół tamatów rakowych, ale niezręcznie mi o tym pisać, bo jestem tylko trybikiem, a bohater zbiorowy. Pisenie o Senegalu przekracza moje ambicje.

Pogubiłam się i już nie wiem po co ten blog, o czym i dla kogo. A pisać, żeby pisać, nie dla mnie.

Nie znikam ze sfery. Będę czytać i komentować. No i może się kiedyś odrodzę.
Jak mowią w Senegalu - Baa subaa - do następnego.

czwartek, 25 października 2012

021, czyli już jutro

święto.
W tym roku nawet nie miałam odwagi popatrzeć na naszego baranka.
Coraz gorzej znoszę to święto, chlip.

wtorek, 23 października 2012

019, czyli co?

Dobrze było w podróży. Dolce far niente (czy jak to tam się pisze), śniadanie jedzone w południe, nocne spacery, wino pite na nabrzeżu równoważyły stres związany z prowadzeniem auta.

 
A po powrocie kicha. Zawiodłam się na Bliskim. Boli bardzo. Zaniedbanie. Takiego grzechu Islam nie przewiduje.Termin minął i trach, nie da się. Zniknął mi cel, który sobie obrałam na najbliższe 3 lata.

poniedziałek, 22 października 2012

018, czyli byłam w podróży

właśnie tak - byłam w podróży, a nie podróżowałam.



mój środek transportu był mniej wymagający. Jednak

wtorek, 16 października 2012

bez

zdjęcia.
Bo przeleżałam prawie calusieńki dzień. Zmógł mnie wirus, ktorego muszę jakoś zwalczyć, bo koniec tygodnia będzie bardzo intensywny pracowo. Praca przy "projektach" ma swoje dobre i złe strony, teraz wyłazi ta zła - MUSZĘ być zwarta i gotowa za dwa dni i utrzymać dobrą formę przez co najmniej pięć. Jedziemy na wieś badać kobiety, a to wszystko pod czujnym okiem pani monitorującej. A niedyspozycja się pogłębia.

Jutro wizyta kontrolna u Dra Kocura. Spotykamy się wcześniej, bo mi noga w kostce puchnie. Podumałam, poczytałam. I wcale nie myślę, że to wezły chłonne. To raczej żyła się wkurzyła.

poniedziałek, 15 października 2012

017, czyli co dalej?

Co z kolejną dwudziestolatką?
Zajmować się kwiatami, meblami, podłogą i kotem? No fakt, można jeszcze książki czytać, ale prawda jest taka, że książki najlepiej smakują, gdy czasu na nie brakuje.
baobab szakal
(nie mój)

Może faktycznie szkoła? Stoję przed ważną decyzją...

niedziela, 14 października 2012

016, czyli bim-bam se

w hamaku.

Zmęczył mnie ten tydzień poszukiwań. W niedzielę czas na rodzinne sporty i leżenie do góry brzuchem.
To rano, zanim slońce zacznie zabijać.

W niedzielę obowiązkowa kuchnia. Domowa pizza, sernik, brownies, kapuśniaczki - porcje pomrożone na cały tydzień. Tylko tym szarańcza daje się odwieźć od kupowania szkolnych fast foodów. Najmłodszy wyskrobuje miskę po surowym serniku, oblizuje się łakomie.

Laptop ustawiłam w kuchni na barku i zerkam jednym okiem na pana spadochroniarza. I jakoś nie mogę opędzić się od myśli, że daliśmy się zrobić w, nomen omen, balona. Skok w porze największej oglądalności, fotograf, kamerzysta, gruby pan nadzorujący, wzruszona rodzina. Ale co najważniejsze? Ludzie!!! Pijcie red bula!
A dostaniecie raka
:P

Za dziesięć lat banda nieuków będzie mylić pierwszy lot w kosmos, z pierwszym krokiem na księżycu i pierwszym wypitym w stratosferze red bulem. Nie szkodzi. Bo właśnie o to chodzi.

:( dziwaczeję

sobota, 13 października 2012

015, czyli wstyd narodowy

Jakoś tak się dzieje, że w mijającym tygodniu jest wstyd z powodu wydarzeń, które miały miejsce w moich dwóch ojczyznach.
Co się wydarzyło PL, wszyscy wiemy, co w Senegalu? Voila - wielka zadyma podczas meczu, Senegal - Wybrzeże Kości Słoniowej, o czym nawet w PL napisano. http://www.sport.pl/pilka/1,87772,12667385,PNA__Gole_Drogby_doprowadzily_do_zamieszek.html
Swoistym polonicum jest fakt, iż ów minister studiował w PL.

Średni chciał się wybrać na mecz. Po wizycie latem na stadionie Lecha (gdzie nawet małą ruchawkę widział)


ma dosyć naiwne pojęcie o dynamice tłumu. Tutaj Poznań,
 
Poznań 2012

a tu Dakar.
Dakar 2012

piątek, 12 października 2012

014, może tu?

I wreszcie dostałam zaproszenie na interwju.
Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że moje przyszłe biuro właśnie ulega rozbiórce.


Odczytuję to jako znak z nieba, że w biurze jednak nie powinnam pracować.

czwartek, 11 października 2012

013, czyli nadal szukam

pracy.
Żeby podnieść kwalifikacje, rozważam podjęcie edukacji.

Może tutaj?


A wieczorem znowu nasiadówka. I znów umieram z nudów. To strasznie przegadany naród, zieeeeeeeew.





środa, 10 października 2012

012, czyli samica Alfa

Ja zrobiłam kupę obok kuwety?
To kuweta stoi nie na swoim miejscu.


I znowu się zeszczała obok. Nie ogarniam tego kota.

wtorek, 9 października 2012

011, czyli praca

Wyruszyłam na poczukiwanie pracy. Chodziłam, szukałam jej w zaułkach, przy krawężnikach, na głównych ulicach też. Tak się zmęczyłam tym szukaniem, że gdy już dotarłam do pośredniaka, nie miałam siły prosto zdjęcia zrobić

 
no i musiałam sobie odpocząć za kratkami

poniedziałek, 8 października 2012

oszukane 010 - szpryca

dobry artykul, ech, jaki dobry
dobryhttp://www.sport.pl/sportGW/1,91756,12634700,Lance_Armstrong_startuje__Jak_bedzie_z_nami_oszust_.html

Tym razem oszukuję i wrzucam zdjęcie sprzed półtora roku, kiedy biegałam, kiedy było fajnie, a dzień porządkował rygor i dyscyplina.

niedziela, 7 października 2012

009 - święto

Święto było.
Panie przygotowywały jadzonko z okazji chrztu bratanicy męża.
Było hucznie i smacznie.


I gorąco.

sobota, 6 października 2012

008 - Goree



 

 
Goree jest piękne.
Ty tylko przyczynek. Prawdziwe dzieła sztuki robi Kamila, która na Goree mieszka (no teraz akurat sie urlopuje).

W taki upał nawet wycieczka na magiczną wyspę Goree jest męcząca, wszystko skiwerczy z gorąca. Wrócimy tam zimą.

piątek, 5 października 2012

007 burza

Upał, wilgotność bliska 100%, pogoń za sensem.
W takich okolicznościach trudno o formułowanie dłuższych zdań. Lepszych zdań.
Nie chcąc użalać się nad własnym samopoczuciem (co niniejszym czynię), zmilczę lepiej.

Sfotografowałam burzę. Jeden kadr omsknął mi się na dom, ale reszta to już najprawdziwsza burza.




(Nie powiedziałam, że sfotografowałam pioruny :D )

czwartek, 4 października 2012

006, czyli nuda

Siedzę na nasiadówce w biurze do późnego popołudnia. Biuro dosyć ohydne jest, ale za to widok z okna ładny.



Widok w lewo

Widok w prawo

(a co się stało z 004 i 005, ni mam pojęcia)

środa, 3 października 2012

005, czyli smacznie

Śledzę na fejsie "dietoterapię w onkologii". Pani dietetyk zamieszcza smaczne przepisy, krótkie artykuły o tym jak jeść zdrowo, czego się wystrzegać. Wydawałoby się - nic odkrywczego, ale, jednak, mimo wszystko, każdy wpis jest dla mnie nowym odkryciem.

Jutro na ten przykład (wsteczne wpisy też da sie robić na bloggerze) znalazłam wpis o bakłażanie, którego w Sene mnóstwo, a którego szczerze nie znoszę. Lubię tylko w jednej postaci, postaci pasty, na którą znalazłam tam, byłam, przepis. Mniam.
I że likopen lokopenowi nierówny, też się dowiedziałam jutro. ;)


Jutro też zrobiłam zdjęcie ulubionemu owocu.
Czekam aż dojrzeje.

poniedziałek, 1 października 2012

003, czyli piége à con

nie wiem, czy w języku polskim równie ekspresyjnie można wyrazić tę myśl;
czyli o papierosach.

Siedzę i przeglądam "atlas nikotynizmu" (Atlas du Tabac) - 4 edycja, pierwszy raz wydana po francusku, opublikowana przez American Cancer Society i World Lung Foundation. Dzisiaj w Senegalu odbyła się ceremonia oficjalnego debiutu atlasu w Afryce Zachodniej.



Jako aktywistce "antyrakowej" skapło mi się zaproszenie na ceremonię. Posłuchałam, pojadłam, pogadałam w przerwie. Teraz siedzę, przeglądam z Panem Ha atlas, oczy nam z orbit wychodzą, no bo jak zareagować na takie dane: ponad 80% nastolatków w Polsce wdycha dym papierosowy w domu, 75% studentów medycyny w Polsce pali; brawo, jesteśmy w czołówce światowej. Jesteśmy także trzecim najwiekszym eksporterem papierosów co oznacza, że w znacznym stopniu budżet Polski zależy od produkcji i eksportu, czyli także pośrednio od konsumpcji.

Taa, zaraz usłyszę - moja sprawa czy palę. Otórz nie, nie i nie!!! 1/3 raków spowodowana jest paleniem papierosów. Skoro to Twoja sprawa, jestem za wprowadzeniem indywidualnych składek zdrowotnych, ze specjalną wysoką taryfą dla palaczy; jestem za tym, abyś nie miał prawa uczyć moich dzieci (zły przykład!), żebyś palił te swoje kiepy w jakieś szczelnej ciupie, żebyś...

Wyobraźmy sobie: gdyby nie istaniały papierosy, nie byłoby 1/3 przypadków raka. Jesteśmy doprawdy dużo głupsi od zwierząt.

A co z moją drugą ojczyzna? Co z Afryką?
Przemysł nikotynowy zaczyna tracić teren w krajach zamożnych (no wyjątek to Polska, tutaj tabac trzyma sie bardzo dobrze) więc obraca się w stronę krajów rozwijających się. Papierosy dla ubogich sprzedawane pojedynczo, po dwa, po cztery w ślicznej malutkiej paczce będącej dla biedaka namiastką luksusu (tak, tak, pamięyacie kolorowe opakowania czekolad z RFN? Kto z nas ich nie pożądał?), to tylko początek. Opiszę to kiedyś. A teraz wracam do atlasu. Wam też polecam.

niedziela, 30 września 2012

002, czyli sukieńczane konotacje

Średnia wyrosła z sukienek w kwiatki dobre cztery lata temu, nie informując matki rzecz jasna wprost, ale robiąc minę, taka z wydęciem dolnej wargi i przewróceniem oczami. Z kwiatuszkami, takimi drobniutkimi jest tak, że najpierw się wyrasta, by potem dorosnąć. Bo tydzień temu dorosła do zieloniutkiej sukienki. 

Gdy już się wychorowałam ponad dwa lata temu, przyszła, przysiadła na brzeżku fotela i ziuuuu, polały się łzy. Że ona co prawda nie ma ambicji hipsterskich, ale podchichują się z niej w szkole, stronią, bo - zobacz mama, jakie ja mam ubrania. Fakt, dzieciuchowate wszystko i za małe. Otrząsnęłam się z amoku chorobowego i skupienia na sobie; Pan Ha zajmował się dziećmi ja trza, ale, no nie wymagajmy od chłopa, żeby jeszcze dziewczyńską garderobę uzupełniał. Szybkie zakupy załatały najpilniejsze potrzeby, a dalej było już normalnie. Średnia stawia na wygodę, sportowy styl, minimalistką nie jest ale ogólnie marki wszelakie ma w tyle, choć wrażliwość na estetykę posiada.
Estetykę
Swoistą
Ciekawe jak wygląda jej matrcya wzorów
kiedy i jak została wdrukowana, się zastanawiam, bo zachwyciło ja takie coś


Już, już miała wyrzucić do kontenera, zaprzągnięta latem przeze mnie i siostrę do komisyjnego opróżniania piwnicy, ale zapatrzyła się, zachwyciła - możemy zabrać to, mamaaa??? znajdziesz na to miejsce w walizce???.

sobota, 29 września 2012

001, czyli początek

projektu Jeden dzień Jedno zdjęcie

widok z okna kolezanki

Bo nie umiem robić zdjęć, nie umiem też obrabiać.
Może się więc nauczę choć troszkę.

W ramach kochania życia (natchnęta przez Joannę, jak chyba pół Polski tego łykendu), mieliśmy udaną sobotę.
Postaramy się mieć równie fajną niedzielę.

czwartek, 20 września 2012

Kolejna noc

bezsenna męczy mnie.

Cały dzień snuję się ledwo ciepła, gotowa zasnąć gdzie bądź przysiędę, a gdy tylko wieczór nadejdzie, włącza się niepokój. Niepokoję się, że nie będę mogła zasnąć, a gdy już czas snu nadchodzi, ja nie śpię, bo niepokój przybrał rozmiary całkiem pokaźnego wkurwa, że zasnąć, a jakże, nie mogę. I tak się kręcę nakręcając.


Wypracowałam sobie taki szema: jeśli do 12 nie mogę zasnąć, łykam tableteczkę. Ale czasem przegapię 12 (teraz jest na ten przykład 1), a wtedy już nie warto łykać, bo rano będę zombi. Tę logikę obala fakt, że jeśli nie łyknę, to (być może) nie zasnę, więc i tak będę zombi, więc jednak łykam o 1, 2 albo i później. Rano jestem, a jakże, zomi, bez względu na to, czy łykłam czy nie.

Przypadłośc ta, niewątpliwie będąca ułomnością, musi być czymś spowodowana. Dopatruję się następujących powodów: fakt przejścia raka (fsak, ja we fsyskim doszukuję się tropów raka - rzekłby Pan Ha; i miałby rację), fakt bycia manopauzowaną, fakt życia na obczyźnie i to trudnej obczyźnie, fakt przeżycia ponad 40 lat i fakt analizowania przeżytych 40 lat. Się zastanowię, skreślę potrzebne.

Średnia jako barometr rodzinny wszystko wie i wyczuwa. - A dzisiaj mnie zawieziesz do szkoły czy mam wziąć taksówkę? zapyta, jeśli się nie zwlekę z pościeli (oburzonych uprzedzam - taksi dom szkoła = 6 zeta, benzyna dom szkola dom = 10 zeta). Idę więc, jest 1.15; łykłam, czas graniczny, może dam radę.

niedziela, 9 września 2012

Niedzielna herbata

Nieśpiesznie, wsłuchując się w sygnały umęczonego nerwu kulszowego, sunę po domu zaznaczając moją obecność, obecność Pani Domu. Poprawiam porządek po Pani Sprzątającej, próbuję nadrobić niedopatrzenia z całego tygodnia. I wciągam Średnią w gospodarkie czynności. Porządkowanie garażu przerosło możliwości nerwu, dopiero co otępionego serią zastrzyków i kroplówek.

Odpuściłyśmy i zabrałyśmy się za porządkowanie siebie: ja maseczkę przeciwzmarszczkową, Średnia, no właśnie, po kie licho jej cokolwiek, skórka jak marzenie, napięta, naturalnie zaróżowiona. Oczy jej świecą, chce też czymś się wysmarować, młoda kobietka chce mieć poczucie, że zadbała o siebie. Niziam ją lekko maseczką nawilżającą, wybucha śmiechem i kolejnym maźnięciem zahaczam o rozdziawioną paszczę, porcja seledynowej maseczki ląduje na aparacie.

Jesteśmy same, chłopaki pojechały na dwa dni do babci. Ciekawe o której wrócą; Średniej oczy się śmieją. Niech zgadnę; o 15 zjedzą obiad, a potem Tata będzie miał dylemat - wracać już do nas, bo tęskni, czy poczekać na poobiedną ataję - zieloną herbatę z miętą, słodką jak ulepek i mocną jak kawa. Parzenie tej herbaty to poobiedni, czasami wielogodzinny rytuał w wielu domach. Ja nigdy się tego nie nauczyłam, szkoda mi było czasu.

środa, 5 września 2012

Przemeblowanie

Powrót do skrzeczącej rzeczywistości jest trudny.

Cudowność wakacyjnej normalności, powolności ale i ciągłego rozwoju (jak ja Was Polacy nie cierpię, za nieumiejętność docenienia własnej rzeczywistości :P). Czas i cierpliwość dla dzieci, ich zachwyt, wrażliwość i uważność...
Pan Ha patrzy na nas podejrzliwie. A ja zakochałam się w swoich dzieciach.

Wygrzebałam się w Polsce z dołka w try miga. Zrobiłam podsumowanie, potem reset i przemeblowałam hierarchię. Dzieci, maż, mój rozwój i dopiero dalej zbawianie reszty świata.

9 lat temu...
 

poniedziałek, 3 września 2012

No bo jak to, tak

nie pisać przez dwa miesiące?
 Mało tego, nie wchodzić i nie czytać zalinkowanych blogów?

Przyznaję, Chustkę czytam codziennie. Ale wiadomo, Chustka jest tylko jedna.

A reszta? (proszszsz, jak pejoratywnie brzmi - RESZTA).
Innych też kocham. I boję się i martwię i ... wchodzić nie chcę ani czytać....

Dzisiaj zebrałam się w sobie i ... poczytałam; i zaszlochałam...

Słów brak. Chciałabym, by utrzymał się stan rzeczy sprzed 3 miesięcy, kiedy to było... nieźle.
Dziewczyny, wybaczcie. Muszę się ogarnąć...

piątek, 29 czerwca 2012

Lobbujemy

Miałam zaszczyt i przyjemność polobbować w Parlamencie Europejskim, na rzecz pacjentów onkologicznych w Afryce. Chleb z tego siewu będzie pewnie za kilka lat, ale warto było. Projekty pomocowe unii skupiały się na chorobach zakaźnych. Aż do teraz.

Zdjęcie zrobiłam w Yeumbeul, podczas badań kobiet.
W organizację tego wydarzenia zaangażowanych było wiele wspaniałych osób. Wśród spikerów było dwóch lekarzy z Senegalu; niestety mój Ulubiony Doktor nie mógł przylecieć, ale obejrzeliśmy jego prezentację. Ja mówiłam o praktycznych rozwiązaniach przy wdrażaniu projektów przesiewowych.
Słuchając prezentacji dr Sankaranarayanana, a później dr Gaye (który wystąpił tu, w pierwszym poście mojego bloga, jako dr Wysoki Przystojniak), wzruszyłam się...

Małe samolociki niezmiennie wzbudzały we mnie nieufność. Aż do wczoraj. Lot POZ - Kopenhaga w małym gronie okazał się być całkiem znośny. Księżyc rzucał lekką poświatę na chmurkową pierzynkę. Tam, ponad chmurami, było tak spokojnie, pięknie, tak blisko... ideału (?)
Dobrze było.
pozdrawiam z KOP

Pozdrawiam z BRU

środa, 20 czerwca 2012

Rozstania

Mamaaaaaaaa! Czy musisz mnie zostawić?

wtorek, 19 czerwca 2012

Dobry dzień




W moim domu piętrzą się kartony z jednorazowymi wziernikami ginekologicznymi, rekawiczkami do badań, o odczynnikach nie wspomnę. Lubię tą atmosfere przygotowań, leko stresik, czy o niczym nie zapomniałam (a potem satysfakcja, że tylko ja o wszystkim pamietałam, hyhy).

Coś za coś. Odreagować trzeba. Ostatni zachód słońca w biurze. Przycinam bugenvilie, które stawiając opór kaleczą mnie. Róże południa. Spuścisz je z oka na miesiąc, zajmą pół fasady.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Zachwyty




ooo

Wzięło nam się na wspomnienia z wakacji zimowych. Było dość ciepło, jak na zimowisko, ale dało się wytrzymać.
W sumie co za różnica, wakacje zimowe, czy letnie, byle mieć powód do zachwytu. Powyżej zachwycił nas wyjątkowej urody baobab i spokój Pana Osiołka. Mam nadzieję, że kiedyś w życiu zachwyci mnie LODOWIEC. A co.

Lecimy za trzy dni. Wiek dojrzały objawia się zamartwicą o byle duperel, więc mnożę zamartwiacze.

Ale wcześniej rozliczam, wyliczam, zamawiam, czekam, kwituję. Ekipa interwencyjna jedzie poza Dakar na cztery dni badań. Żałuję, że mnie z nimi nie będzie, oj żałuję, byłaby fajna relacja. Właściwie to nie wiem, dlaczego nigdy nie pokazałam, co my właściwie robimy. Nie wiążą mnie już żadne zobowiązania wobec Pewnej Fundacji, a takie fajne rzeczy udaje nam się zorganizować. Można się zachwycić.





sobota, 16 czerwca 2012

Strzeżcie się!

Jak mogło! Wzięło i spleśniało! Ono. To pesto!
w lodówce mej.

Ale byłam czujna!. Przeczytałam i wiedziałam. By uważać!

Chyba wariuję już do reszty ;)

środa, 13 czerwca 2012

piłka i sąsiadka

Slyszałam, że mecz ogladaliście - rzuciła mimochodem sąsiadka.
Kiedy wreszcie coś wygracie? - zapytał mnie sprzedawca w alkoholowym.

Oglądamy, kibicujemy i żałujemy, że nas tam nie ma.
Załapiemy się na półfinały w strefie kibica.
Taką mam nadzieję.
Bo jak nie, to tragedia. Najmłodszy innej opcji nie dopuszcza.

a wracając do sąsiadki - jutro ja ją zagadnę tekstem - słyszałam, że mąż wczoraj próbę pod prądem zrobił.
Mamy nowych sąsiadów. Z Cabo Verde. Ona prowadzi pobliską caboverdyjską przesympatyczną knajpę. On jest muzykiem... Fajni są, ale dzielenie z nimi wspólnej ściany zaczyna być uciażlywe...

piątek, 8 czerwca 2012

Mesjanizm

Nasza narodowa choroba, także na prywatną mikroskalę. Że choroba była po coś, że to nie przypadek, że tak miało być i że odtąd (i od tego) mam teraz MISJĘ.

Rechoczę złośliwie na samą myśl.

Tak. Wiele dobrego urodziło się przez moją chorobę. Cały ten projekt w Yeumbeul, przebadane juz prawie 3000 kobiet, 7 raków inwazyjnych wykrytych, kilkdziesiąt zabiegów krioterapii, konizacji, już sama nie wiem co tam jeszcze. Gdy wiwaty umilkły, mnie wreszcie nawiedziła ta myśl, która dopada wszystkie kobiety z RSM - że można było tego uniknąć! Że mogłam się badać regularnie, leczyć i żyć swoim nomalnym życiem. Bez wybuchów gorąca, zmian nastrojów, bezsennych nocy i tej... PUSTKI.

Tak proszę państwa. To nie mesjanizm. To przypadek. Zły przypadek.

czwartek, 7 czerwca 2012

pieprzone...

Nie wiem jak, kiedy, jak to się stało, że zgubiłam umiejętność celebracji chwili. Tu i teraz zaczęło być bolesne, skażone smutkami z przeszłości i obawami o przyszłośc, uwierające, jak niewygodna kanapa, na której się siedzi bo nie ma sie innej. A przecież to co minęło, nie istnieje już, to co przed nami, jest niewiadomą, jaki jest więc sens w rozpamiętywaniu porażek i przewidywaniu klęsk?

Duszno w głowie, w sercu, nawet żyły ściśniete. Miejsca zbyt mało w środku i na zewnątrz, biadoliłam w duchu, człapiąc po centrum Dakaru krok za krokiem, by nie z przyjemnością, ale dla zasady zaliczyć kilka wystaw Biennale Dak'Art. I trafiłam na to

http://lemagazine.jeudepaume.org/blogs/shelleyrice/2012/05/21/dakart-needs-a-new-face-by-rob-peree/
olśniło mnie. Nie tylko ja tak mam. Innym też duszno

Pieprzone, katolicko-socjalistyczne wychowanie.

czwartek, 24 maja 2012

Góry i doliny

Przechodzimy grupowo i rodzinnie depresję. Po prostu każdemu jest ostatnio źle z jakiegoś powodu. Odpędziłam natrętną wizję wspólnego łykania prochów; dla dziewczynek w kolorze róziowym, dla chłopców błękitne.

Nadal nie posiadamy telewizora, co akurat dobrze robi na ciepło rodzinne. Każdego wieczoru łupiemy w grę - budujemy osady i miasta, kupujemy, sprzedajemy, albo kradniemy, blokujemy. Czasem ktoś się obrazi i przerwie grę, ale generalnie jest kupa śmiechu. Tatuś ciągle myli skałę z cegłą, Ńajmłodszy podgląda karty ojca; dobrze jest, bo coś się dzieje. Wspólnie.

I czekamy na wakacje. Niestety nie będą wspólne...

wtorek, 22 maja 2012

Mimetyzm


Zdjęcie zrobione kilka miesięcy temu, nie zwróciłam na nie wcześniej uwagi.

Jak to jest, że upodabniamy się do siebie, naśladujemy mimowolnie.

Najstarsza wracała zawsze po wakacjach z całym repertuarem min i powiedzeń Byłego. Cieżko mi się na to patrzyło.

Ja cmokam, mówię z zaśpiewem, macham łapami jak rasowa Afrykanka. Nie zawsze lubię to w sobie, to znaczy raczej tego nie lubię. Czy możliwy jest świadomy reset?

poniedziałek, 21 maja 2012

Nowe rozrywki

Pierwszy deszcz spadł kilka dni temu, kolejnego możemy się spodziewać za mniej więcej miesiąc.
Do tego czasu chmurybędą przesłaniać niebo; nie ma słońca, kolorów brak.

Więc pokolorowałam sobie sama niedzielną rzeczywistość.



 

fajnie było.