sobota, 31 grudnia 2011

Koniec roku? Jakie to umowne!

Prawda?
W Bolandzie za 3 godziny, u mnie za 4, u Ani za Oceanem za, no wlasnie, za ile?
Postanowienia, przyrzeczenia. W 99 procentach nie dotrzymywane.

Ale zyczenia zawsze warto zlozyc. A wiec, za Joaska - zdrowia i milosci zycze Wszystkim. Dodam jeszcze - farta w zyciu, ten zawsze sie przydaje na jakiejkolwiek, waznej dla nas plaszczyznie zycia.

Wyspalam sie, oporzadzilam, jem ze Srednia lody, popijam drynkiem, zaproszenie trzecie nie przyszlo, wiec sie nie ruszam. Zasiadlam do netu i odliczam czas do polnocy, obserwujac ekonomiczne strony z mojej strefy monetranej. Jesli macie dla mnie jakies cieple mysli, to zyczcie mi, calej Afryce Zachodniej, by przewidywania sie nie sprawdzily i nie doszlo do denominacji Franka CFA. Zapowiada sie, ze po 1 stycznia 2012 - 1 EUR ma kosztowac nie 650 FCFA jak dotychczas, ale 1000 FCFA. Jesli tak sie stanie, stracimy 1/3 wszystkiego.
Chociaz w sumie, to tylko kasa.
Wiec mimo wszystko - zdrowia, milosci i...farta.

Przytulnie sylwestrowo

Zaraz sie skonczy ten rok. Dobry byl. I chwala mu za to. Oby kolejny byl jeszcze lepszy.

Zachowujac sie nadzwyczaj nieprzyzwoicie podczas minionych dwoch tygodni, imprezujac prawie do upadlego, wyczerpalam moje poklady energii przewidziane na zabawy w 2011 roku i dzisiajszy wieczor postanowilam spedzic pod kocykiem. Zaraz sobie utne drzemke, a wieczorem poogladam moze jakies filmy. Maz pojechal do mamy(dostal moje blogoslawienstwo), Syn z kuzynami po przewalaniu sie przez nasz dom od swiat, pojechal wreszcie do ciotki, Srednia siedzi z kompem pietro wyzej, a mnie cudownie grzeje kot. Grzeje, bo sie kurka oziebilo nagle. 18 stopni, wietrzysko, wszyscy kurtki powyciagali, a ja nawet skarpetki. Zapowiada sie wiec przytulnie, mieciutko, spokojnie i relaksacyjnie.

Kusza mnie troche dwa zaproszenia sylwestrowe, takie niezobowiazujace, pierwsze domowka przy zarciu (wiec z gory odpada), drugie - potancowka (moze jednak?).
Hm, pospie, moze gdy sie obudze, znajde jeszcze jedno, takie, ktore mnie jednak skusi?

Ach, odebralam wynik markeru SCC. 1,7. Wartosc referencyjna "ponizej 1,5". ?

środa, 28 grudnia 2011

Grzeszne dni


Grzesze dalej. Zarciem i piciem. Trzeba bylo pozegnac polskich gosci i posnuc plany na wizyte doca i moja w Bolandzie... Jak to w jednym dowcipie bylo - za duzo czytalismy wczoraj.

Dostalam bardzo dobra wiadomosc z fabryki gazu CO2 - beda nam w 2012 roku napelniac butle prawie za darmo! Niech zyje Segoa Air Liquide w Senegalu.

Dwa tygodnie temu napisalam podanie do Segoa "o darmowe napelnienie gazem dziesiecu osmiolitrowych butli". Gazem CO2 wykonujemy zabiegi krioterapii zmian na szyjkach macicy naszych kobiet. Pan Ha poprawiajac mi bledy, zamienil Segoa na Seboa. Heh, wlasciwie to nie mialabym nic przeciwko "darmowemu napelnieniu dziesieciu osmiolitrowych butli" przez Seboa - dakarskie browary.

Wszystko sie kreci wokol alkoholowych tematow ostatnio.


Nawet zdjecia.

wtorek, 27 grudnia 2011

Wrozymy

Marciocha dostala od Gwiazdora kule do wrozb (twierdzi, ze od Mikolaja, ale co ona tam wie). Powrozyla mi netowo. Zapytalam, czy sie troche wzbogace w 2012, nie dostalam zamknietej odpowiedzi. Albo moze Marciocha nie chciala mnie martwic? W kazdym razie przygotowuje sobie liste pytan i wieczorem wysle ja do Czarownocy Marciochy.

A moze Wy tez chcecie cos wiedziec? Jesli tak, to zapytajcie Marciochy. I nie zapomniejcie 10% wyslac na moje konto - hm, moze wlasnie w tym jest ten myk dotyczacy wzbogacenia sie?

Trwaj Swięcie, trwaj

Za duzo jadlam, za duzo pilam; cale szczescie, ze to pierwsze neutralizowalo to drugie, a plywanie to pierwsze i to drugie. Ale i tak rownanie kaloryczne wypada na korzysc kalorii, czyli moja niekorzysc.


Swieta byly cudowne. Spiecie przedswiatecznie cudownie rozplynelo sie wraz z zaspokajaniem tych najbradziej wybrednych kubkow smakowych ostrygami, rybkami i starannie dobranym winem - to w sobote, oraz baranina z grilla i swinka z pieca - to w niedziele. Sernik rozplywal sie w ustach, makowiec troche pozostawial do zyczenia, ale oj tam oj tam.

Rozkoszom kulinarnym towarzyszyly ciekawe, niebanalne rozmowy. Bez zbawiania swiata tym razem, bez kreslenia strategii walki z rakiem, bez polskiej martyrologii. Sniadanie na tarasie z widokiem na ocean, znow Bolero Ravela (tym razem bez Bethovena), fragmenty Szekspira (heheh, no nie bede przeciez czlowiekowi psuc wakacji, wiec nie powiem kto zacz), przeplatane koledami, wykladami z anatomii i dzieciecymi zachwytami, ech, cudowne trzy dni.

Po powrocie zastalam zachrypnietego kota i wystraszona pania sprzatajaca. Okazalo sie, ze drzwi na taras zostawilismy otwarte (przed wyjazdem odbywaly sie ostatnie race w domu i wanialo niemilosiernie farba), kicia tam wylazla, po czym zeskoczyla na okap kuchennego okna - wysokosc 3 pietra, powierzchnia metra na 20 cm. W nocu morde zaczela drzec i obudzila pania sprzatajaca.

I tutaj, nasza nioceniona Awa, jak zawsze wykazala sie inteligencja i sprytem.
Najpierw, spuscila wiadro na lince, ale kicia nie skumala, ze powinna do niego wejsc. Pozniej, opuscila drabine, kicia nadal glupa pali. I tutaj zaczyna sie hardkor. Pani sprzatajaca zrobila petle ze sznura, taka jak dla wisielca i opuscila na okap. Podobno dobre pol godziny probowala zlowic glowke kotka jak rybke na wedke, wreszcie kicia wlozyla lebek do srodka, Awa na sznurek i hyc do gory. Kicia w skrzek, zessrala sie w powietrzu - Awa twierdzi, ze ze strachu, ja, ze z powodu otarcia sie o smierc wisielcza - ale wszystko trwalo zaledwie sekunde i kicia szczesliwie wyladowala w domu. Gdyby sie nie udalo, spadlaby z wysokosci trzeciego pietra wprost na druty kolczaste...

W tej calej historii, zal mi najbardziej naszej Awy, ktora wyglada, jakby sama sie otarla o zawal.

piątek, 23 grudnia 2011

wrrrrrrrrrrr, uwaga - Swieta

Czy ja kiedys spedze czas przedswiateczny jak przystalo kobievie z klasa, czyli doprowadzajac do absolutu paznokcie, wlosy, wylaszczajac sie w salonach, wypoczywajac i robiac sie na labadka, by nastepnie olsnic zaproszonych gosci???
Chyba nie w tym wcieleniu. W tym, walcze z barszczem, makowcem, sernikami, pakuje oporna rodzinke i czekam kiedy wreszcie poda spac, by przeleciec byle jak zyletka po lydkach, unikac lustra wytykajacego mi szydzaco przebijajace siwe wlosy. Ech.

Jutro nad ranem wyjezdzamy. Spedzamy swieta na daczy doca!, z dociem, gronem przyjaciol i.... he, nie powiem z kim, szukajcie (podpowiedz - gdyby sie panu tu cos stalo Teatr Polski w Wawie pozostalby bez dyra, druga podpowiedz - pan jest przeuroczy).

Stresuje sie jakoscia moich uszek, kapust, sernikow i makowcow. Pocieszam sie, ze Polacy na obczyznie podejda z wyrozumialoscia, senegalskim gosciom wmowie, ze to szlachetny smak polskiej tradycji.

Maz jakis niezadowolony, dzieciaki tez (mama, jak mamy spedzac swieta z Twoim lekarzem?). Nawet mi przez mysl przeszlo, czy by ich nie zostawic w pierony w tym Dakarze i niech sa lupia w gry.
Ech, cudowna rodzinka.

Wam tez, cudownych i zdrowych
Ania

piątek, 16 grudnia 2011

Co znajduje sie na dnie tubki z hormonalnym zelem

Porobilam badania, poprzeswitlalam sie, bo czas byl na to najwyzszy. Za trzy tygodnie mina dwa lata odkad rak skonczyl marnie przysmolony, podtruty a nastepnie starannie wyoperowany i wyslany do Francji.

Czekam jeszcze na wynik najwazniejszego markera, ale to wlasciwie formalnosc - rak poszedl w pieeerony. I nie wroci. Jeszcze zrobie sobie w ramach swiatecznego prezentu przeglad podwozia u Dra Kocura tuz przed Wigilia.

Heh, dobrze, ze najpierw napisalam tytul, bo zapomnialam, o czym mial byc ten post.

Od dwoch lat jestem na wspomaganiu hormonalnym; aplikuje sobie raz albo dwa razy dziennie zel hormonalny Estreva albo Oestrodose. I wszystko bylo dobrze, do poczatku grudnia. Niespodziewanie przez starannie wcierana warstewke zelu zaczela sie przebijac MENOPAUZA. Że oblawala mnie niespodziewanie potem i zarem to nic; najgorsze, ze zabierala radosc zycia, optymizm i dobry sen. Jak zyc???? Da capo wracalo pytanie...

Moje drogie. Jesli przyjdzie Wam uzywac kiedys hormony w zelu, zapamietajcie sobie, by nowa tubke rozpoczynac gdy stara sie jeszcze calkiem nie skonczy. Bo na dnie tubki z zelem hormonalnym znajduje sie... sam zel, bez hormonow! Pewnie to przeczy fizyce, ale na dnie nie ma ich, wyplynely na wierzch, albo sie zatopily na smierc!

I teraz co? I pstro!
Dwa dni temu rozpoczelam nowa tubke I ZNOW ZYCIE JEST PIEKNE!
BUZI

czwartek, 15 grudnia 2011

Zlosliwie

Przeczytalam nowy post Chustki, ale komentarze ominelam, bo nie widze sensu w zaopatrzaniu sie w wiedze, gdzie czyj kot spi.

wtorek, 13 grudnia 2011

Blogosfera bawi i uczy

Pierwszym na ktory natrafilam i dzieki ktoremu dowiedzialam sie, co to wlasciwie BLOG, byl blog Anuliny. Podgladam te kobiete od pieciu lat, fascynujaca jest.


Rok pozniej trafilam na mame Precla, Julke, Antona (ktorego jestem cicha wielbicielka), Blondynow, Anulke. Kolejny rok pozniej sama zaczelam pisac i oczywiscie czytac inne blogi rakowe i biegowe. Mam wzloty i upadki, teraz bardzo duzy upadek, pisze i czytam sporadycznie, bo czasem przytlacza bol i smutek, innym razem zazdrosc gryzie, ze sama ledwo laze, a inni kolejne maratony zaliczaja.

Nawet popadajac w niemoc tworcza i zaniedbujac mojego blogaska, caly czas jestem wierna dzieciakom ze SMA. Jestem zaszczycona, ze dzieki tej wirtalnej dziurce od klucza, moge podgladac ich zycie, mimo niepelnosprawnosci ruchowej, tak pelne i bogate.

Moimi fascynacjami oczywiscie dzielilam sie z Marciocha - "Dziewczynka z zapalkami", ktora ze swojej strony co chwile wynajdywala kolejne blogi literackie, poetyckie, baletowe. To nie wszystko. Na przekor tym, ktorzy wysmiewaja sie z blogerow i fejserow, udalo sie jej polaczyc prace zawodowa z przestrzenia, ktora tak wszyscy lubimy; czerpiac z jednych, wspolpracujac z innymi i tworzac na pozytek nas wszystkich. Zaimponowalas mi mocno, Dziewczynko z zapalkami, swoja Dostepna Turystyka.

Spojrzcie, czy czegos (kogos) nie przypomina Wam ta kreska?


Wiecej na Dostepnej Turystyce tutaj.

niedziela, 11 grudnia 2011

Nasi górą

Nadal wieje harmatan. Ocipieć można. Łeb boli od wariującego ciśnienia, oczy od wszechobecnego pyłu, wkurw bez powodu miota mną. W ramach relaksu od rodziny, wybrałam się ze znajomym księdzem za miasto celem zakupu roślinek doniczkowych (właściwie to miałam nadzieję na darmowe "kado", bo znamy szefową sklepu; nie zawiedliśmy się, nie ma to, jak mieć dobrze ustawionych przyjaciół, heh).

Już mieliśmy skręcić, gdy pojawiło się przed nami takie oto cudo. Jedź, nie skręcaj, rozkazałam, a teraz przyspiesz, wrzasnęłam. Udało się, przyfociłam. Nasi są wszędzie.



sobota, 10 grudnia 2011

Zwiazek idealny

sobotniego wieczoru i pelni.

Odbierajac Synusienieczka od kuzyna, zauwazylam wiszacy i uragajacy (a moze smiejacy sie? Wszystko zalezy od nastawienia) Ksiezyc w Pelni. Heh, tego mi trzeba bylo - wymowki, by wymowic sie z danego sobie slowa, ze nie tkne alku do Swiat Nadchodzacych. No bo skoro i tak ze spania nici (pelnia!), mozna spedzic wieczor milo i przyjemnie z jedyna osoba tykajaca alkohol w moim domu, czyli z sama soba.

Poniewaz domowe zrodelko w postaci nawiezionych ze sklepow lotniskowych buteleczek wyschlo, udalam sie do najblizszego monopolowego. Atmosfera jak w melinie, wystroj tez, panowie ogladajacy mecz i lypiacy na mnie przekrwionym okiem. W Senegalu 95% staniowia muzulmanie, ale kraj laicki jest, wiec na kazdym rogu mozna sie zaopatrzyc, na wypadek sobotniego wieczoru i pelni. Nikt sie z piciem alkoholu nie afiszuje, ale tez innowiercy nie musza sie po katach chowac ze swoimi butelkami, jak to ma np miejsce w sasiedniej Mauretanii.

Zakupilam Roziowe i czekajac az pan sprzedawca zawinie butelke schludnie i estetycznie we wczorajsza gazete, spojrzalam na wchodzacego pana. Nie ma bata, wchodzac do sklepu, domu, do jakiegokolwiek pomieszczenia, kazdy Senegalczyk sie przywita. A wiec... Salam Alejkum - padlo. Odpowiedzialam Alejkum Salam i ......heheheheh, nie udalo mi sie stlumic zlosliwego chichitu.

czwartek, 8 grudnia 2011

Zdjeciowo c.d.






No dobrze, juz wracam. I wyjasniam foty - faktycznie to znow akcja Doca , tym razem w liceum im. Lamine Gueye. Zniechecamy do palenia.

środa, 23 listopada 2011

Zdjęciowo



Skoro cieżko mi idzie pisanie a łatwo zamieszczenie zdjęć, oto kolejne. Z serii - zdjęcia bez sensu...

wtorek, 22 listopada 2011

Jeszcze z drogi



Przejezdzamy przez Thies. Mlody cudzoziemski chirurg, wychowanek doca, zdaje relacje ze swojego stazu na poludniu kraju: praktycznie spie w szpitalu. W dzien zaplanowane operacje, w nocy cesarki i interwencje. Jednej nocy to 14 cesarek musialem przeprowadzic. Szczeka mi opada do ziemi, co przy szybkosci 150/h moze miec tragiczne konsekwencje.

Ale zaraz sie dowiemy, kto tu jest samcem Alfa. Thies, piekne miasto - zaczyna doc. Docowi wzielo sie na wspominki i mowi - taaa, jak tutaj pracowalem, to mialem 4 sale operacyjne do dyspozycji. Operowalismy rownoczesnie na czterech, pierwszy anestezjolog usypial pierwszego pacjenta, wchodzilem na sale rach, ciach, drugi juz byl usypiany na drugiej sali, a trzeci na trzeciej przygotowywany...

???

niedziela, 20 listopada 2011

Przeznaczenie...

Wracamy. Doc gna swoim Touaregiem osiagajac miejscami 150/h. Prosze tylko o zmiane muzyki, przy takim tempie lepiej posluchac salsy, niz 5 Symfonii Bethovena, w ktorej Przeznaczenie (niektorzy twierdza ze Smierc) puka do drzwi.

ku ku



Jestem wyjechana.

Na wyjezdzie glownie siedze. Bo mnie pokrecilo lumbago (nie ryj sie, Marciocha). A pokrecilo mnie, bo siedzialam. Bo ilez mozna siedziec: na zebraniu, na obiedzie, w aucie jadac na drugi koniec Senegalu...


Wiec siedze i cierpie.

Na zdjeciu siedze obok mlodego doktora, ktory wlasnie przebadal kolo piecdziesiatki kobiet.



czwartek, 17 listopada 2011

Swiąteczna stopa

W związku z maglem u Li powtorze - rak to sprawdzian z zycia, z radzenia sobie z problemami, z naszych relacji z bliskimi, z naszego czlowieczenstwa. Nie wszyscy ten egzamin zdają. "Raka" używam jako metafory i bardzo przepraszam tych, którzy nie wiedzą o co chodzi - wybaczcie, nie chcę wywoływać magla u mnie.



Ale nie o tym miało byś dzisiaj. Jade jutro do miasta Swiętego Lujego. Może jaką relacje zamieszczę, bo będzie i pracowo (jadę jako kwiatek do kozucha Doktora Kocura, który robi wyjazdową sesję badania kobiet) i rozrywkowo, bo w sobotę inauguracja nowego mostu im Fedherbra (kto chce, niech szuka w wiki - Saint Louis, pewnie będzie zdjęcie mostu).



Foto- pięta, właściwie stopa pacjentki, która w ramach Polskiej Pomocy 2011 została dziś poddana zabiegowi krioterapii. Stopa świąteczna na fotelu ginekologicznym.

środa, 16 listopada 2011

Zombie



Od miesiąca narzekała i prosiła - mamaaaa, przywieź mi z Polski lateks na sztuczne rany i sztuczna krew. Nie przywiozłam bo nie znalazłam, za to zachęciłam do chałupniczego wyrobu przebrania. Krecenie nosem, dąsy, a potem - eureka! Ileż można zrobić z mąki, kredek do oczu, miodu, polewy czekoladowej, podkładu w płynie, węgla i sama tylko wie z czego. Podczas dwóch tygodni prób (rana na policzku czy na ręce, gnijące rany po obu stronach, czy po jednej) mieszkanie wyglądało jak ...cmentarz. Ale chyba wszyscy przyznają - efekt jest powalający.

wtorek, 15 listopada 2011

Oooch i aach

takie dzwięki wydaję dzisiaj po solidnej porcji rozkoszy, jaką otrzymałam w południe z rąk kobiety. Masażyski fizjoterapeutki.

Pozwoliłam sobie na tę przyjemność, bo łupało mnie w krzyżu, to jedno, ale drugie - w przyszłym tygodniu zaczynam ostrożnie, powolutku, żeby nie zapeszyć, wiec zaczynam no co??? Nieee, nie bieganie... zaczynam truchtanie. Delikatnie i powoli. Właściwie nie powinnam sie tym nawet chwalić, bo pewnie okaże sie jednak, że jednak nie mogę. No ale napisałam. Więc zwracamy uwagę w poście nie na bieganie, tylko na masowanie.

Dać się wymasować jest bardzo fajne.

niedziela, 13 listopada 2011

Baranowo



Mieszkam w Baranowie.

Urodzaj baranów w tym roku spowodował, że tydzień po święcie rżnięcia barana nadal wszędzie ich pełno.



Co do barana swiątecznego z poprzedniego postu - był jaki powinien być i wszystko mial na miejscu.

One takie są i na tym ich urok i smak polega.

sobota, 12 listopada 2011

11.11.11







Nadal uparcie nie wierzę w przeznaczenie. Wierzę w zbiegi okoliczności. Ale chyba powinnam zmienić nastawienie, bo życie od pewnego czasu podwaza moją wiarę w niewiarę. Zbyt wiele się wydarzyło w moim życiu przez raka i dla raka i wygląda na to, że wiele się jeszcze wydarzy. Dobrego.


Świętowaliśmy 11.11. Prof postanowił wydać dla grupki Polaków kolację; trochę w podziękowaniu za projekt, trochę z sympatii, mam taką nieśmialą nadzieję. I doczekałam się szampana. Ze wzruszenia ścisnęło mnie w gardle i nie wygłołosiłam mowy, wydusiłam z siebie tylko podziękowanie.

Oprócz szampana był tez baran, lody, dobre wino, tańce. A o północy hymn narodowy!



Konczymy zaraz jeden projekt, tworzymy nowe na 2012.

Impreza odbywała się na dachu, na tarasie. Gapiłam się na uśmiechniętą gębę księżyca (pełnia) i czułam zbliżające się spełnienie. Uczucia tego oewnie nigdy nie doznam, ale samo poczucie, że czai się, że jest niedaleko, było bardzo przyjemne.




niedziela, 6 listopada 2011

Raciczki








Ostatnią noc spędza w garazu.


Odkąd Kociczka nas zaadoptowała, jakoś tak nie cieszę się na Tabaski... Empatia międzygatunkowa.






czwartek, 27 października 2011

Wspomnienia z niebiegania

Nie biegam, ale tesknie do tematow okolobiegowych. Pobyt w Polsce obfitował w elementy bliskie sercu i nodze.
Dzien pierwszy i bardzo, bardzo sympatyczne spotkanie z Hankąskakanką. Wymęczona nocnym lotem, nadmiarem wrażeń i poczuciem nierzeczywistości (typowe w pierwszym dniu po zmianie kontynentu), głównie gapiłam się na przesłodkiego Ironmana, który siły ma niespożyte, macha rączętami wyrazając tym zadowolenie, a że dzieciak caly czas zadowlony i szczęśliwy, to i macha cały czas. Właściwie to mogłabym cały czas tak siedzieć i się gapić.

Pola. Wirtualnie spotkałyśmy się na forum onkologicznym półtora roku temu. Później w czerwcu 2010 podczas mojego pierwszego pięciokilometrowego biegu IrenacośtamSamsung. W tym roku Pola pobiegla w moje ślady, czyli przebiegła piątkę w kolejnej edycji Irenycośtam, a we wrześniu dała radę dyszkę z palcem w nosie. Spotkalyśmy się w gronie onkologicznym (hehe, my Moderatorzy), przy czym Pola zaciągnęła nas do sklepu z butami sportowymi gdzie wyprzedaż podobno była. Ta, na moich oczach narodziła się kolejna maniaczka.

12 Poznań Maraton. Moja wielka porażka. Od miesiąca nie zaglądam na blogi biegackie, zrobię to dopiero dzisiaj wieczorem, bo mnie zwyczajnie ściska w gardle. Sciskało mnie gdy jechałam tramwajem na start maratonu, by dopingować biegaczy. Pokręciłam się, pokibicowałam, powdychałam atmosferę i... nie podobało mi się. Kurczę, gdzie ten doping? Czułam na sobie spojrzenia typu - czego sie drzesz wariatko w średnim wieku! Ustawiłam się obok takiej krzyczącej młodszej, myślałam, że pokrzyczymy dalej, ale ona zwyczajnie mnie ignorowała. Czyzbysmy nadal byli sztywniackimi introwertykami?

Kompletnym zaprzeczeniem tej tezy są komentarze pod moim wpisem tutaj. Gdybym wiedziała, to bym jakąś kiecę senegalską wdziała na siebie celem rozpoznania i pogadania. Kolejne sympatyczne wpomnienie dotyczyć będzie dziennikarki Justyny, prowadzącej akcję Maraton Kobiet Poznan 2011. Zywiołowa, wesoła, optymistyczna, ten typ, co to lubi cały świat. Justyno, bardzo miło było się z Tobą spotkać.

A co będzie dalej z moim bieganiem? Kiepsko jest. Scięgna ok, ale stawy puchną, biodra bolą, czasem nawet kolana, przeguby rak i łokcie. Leukocyty dostały pewnie kręćka po chemioterapii i zaczęły podgryzać mi stawy. Pobadam się na tę okoliczność, bo chciałabym wiedzieć, czy jeszcze będę mogła biegać. Teraz nie ma nawet mowy o dluższych spacerach. Rdzewieję więc. I bardzo się staram nie zwariować z powodu rdzy.

Jest dobrze

Wrociłam, sprawdziłam. Wszystko na swoim miejscu: pierdolnik,




krzesła

kot. Mąz i dzieciaki tez. I wszystko w podobnych kolorach.



Podsumowanie musze zrobic. Zaczne dzis wieczorem. Inch Allah.

niedziela, 16 października 2011

Porazka kibica

O widzialam. Nie rozpoznalam zadnej z dziewczyn. Nie dotarlam na miejsce zbiorki druzyny gazetowej.
Pomylilam trybuny z hangarem i stalam nie tam gdzie trzeba.
A na mecie bylo tyle ludzi, ze ech.

Fatum jakies
:(

Ide

popatrzec na start

A tak chcialabym powiedziec - biegne.
Ech, wzdych.

sobota, 15 października 2011

środa, 12 października 2011

poniedziałek, 10 października 2011

Wiec..

Nie pisze, bo paluszki mi przymarzają. Przebywanie w TAKICH temperaturach po dwunastu latach permanentnego lata jest dla mnie przezyciem traumatycznym.

A na serio jest cudownie. Wszystko mnie cieszy, deszcz, slonce, powietrze.

środa, 5 października 2011

Lece, pedze, wariuje

Misternie zaplanaowane przygotowania do podrozy (a jakze, mozna zaplanowac planowanie) oczywiscie szlag jasny trafil. Zakupy, wymiana pieniedzy, prezenty,w szystko w ostatnim dniu. Upatrzony sklep zamkniety, kantory bez eurasow (czyzby sie w zonie CEFA szykowala jakas dewaluacja, ze cala waluta wykupiona?), objazdy w centrum, brak mango - skonczyly sie tydzien temu. Jak zawsze przed podroza rozsiewam czarowna atmosfere wk..a. Dzieciaki chowaja sie po katach, nawet kot zszedl mi z drogi, Pan Ha probuje piers wypinac i dyskutowac, ale zaraz go zmiote z drogi, ech, a moze sie przytule i rozplacze :(

Jestem za malo elastyczna, zbyt wiele spraw mnie denerwuje.

Usiade, odpoczne, podumam.
Tak, zadumalam sie nad hormonami. Wziac jedno opakowanie, czy dwa?

sobota, 1 października 2011

Emocje. Silne?

Brak emocji i dreszczyku? Ok, najpierw przemoc.
Dwoch trzynastolatkow pobilo sie 30 metrow od mojego domu. Jeden wyciagnal noz, dzgnal drugiego w szyje, dokladnie w tetnice szyjna. Ofiara wykrwawila sie w ciagu trzech minut na oczach swego ojca, mojej pani sprzatajacej i kilku innych osob. Ojciec i syn byli moimi sasiadami, slabo ich znalam, zamieszkiwali pierdolnik. Kaluza krwi widoczna byla podobno przez kilka godzin.

Teraz sporty ekstremalne.
Wracalam z przedmiesc podczas deszczu. Ulica prowadzi w gore w dol, w gore, w dol. W dolinkach zebrala sie brudna, metna, syfiasta woda. Trzecia dolinka zamienila sie w prawdziwe jezioro, woda siegala do ponad polowy drzwi. Po powrocie do domu znalazlam "w silniku" smieci, ktore plywaly w wodzie.

Emocje.
Doc potwierdzil kolejne 4 RSM u badanych kobiet. Obiecal zoperowac je za darmo, musza zaplacic za leki, kroplowki itepe. Naradzamy sie z poloznymi jak uswiadomic kobietom powage problemu i unikalnosc okazji, ktora zostala im dana, by pospieszyly sie i leczenie zaczely od bilansu przedoperacyjnego, a nie wizyty u marabuta.

Czas
Malo go, a mimo to go marnotrawie. Efektem spedze jutro cala niedziele nad raportami, prezentacja i tekstami, ktore powinnam napisac na wczoraj.

środa, 28 września 2011

Mam ochote

Mam ochote na dobra starosc. Wlasciwie juz by mogla nadejsc. Chcialabym sobie planowac - rano wizyta u lekarza, w poludnie obiad z przyjacielem, po poludniu spacerek w uroczym parku i psryk psryk zdjecia tego sterego kasztanowca, wieczorkiem ulubiony serial i czyszczenie klatki kochaniutkiej papuzki. Robilabym oszczednosci pozwalajace mi na jeden turnus w sanatorium rocznie, zakup jakiegos smiesznego gadzeta, a czas wolny poswiecalabym na rozrywki godne madrego emeryta - np koncert konkursu Wieniawskiwgo, noc muzeow, tansze seanse w kinie Syrena.

Ech, dlaczegoz metryka taka mloda, a cialo tak sie starzeje?

piątek, 23 września 2011

Powrot

Dzis na fejsie dotarla do mnie ta wiadomosc. Mam nadzieje, ze pan Jarek odnajdzie sie caly i zdrow. Jesli macie konto na fejsie, powiescie prosze na tablicy.

Nie gonia was czasami takie przypadki przewidzenia czegos na opak, przeczucia, ktore sprawdzaja sie ale nie tak do konca, tylko w czesci? Pewnie tak, jak kazdemu. Ja tam wierze tylko w przypadek.

Pan Ha zniknal mi z malzenskiego radaru w srode. Wyszedl, wymeldowal sie z hotelu, a do kolegi, u ktorego mial spedzic kilka dni, nie dotarl. Nie dzwoni, nie pisze.

Tlumacze sobie to tak: zamiast do kolegi zdecydowal sie pojechac do kuzyna. Nie ma dostepu do internetu. Telefon mu sie wyladowal. Wszystko sie okaze jutro nad ranem. Bede nadsluchiwac tym razem przylatujacego samolotu.
i odkurze walek do ciasta...

czwartek, 22 września 2011

Onkolog sportowy

pilnie poszukiwany. Tak, zdecydowanie potrzebuje go.
Czy ktos zna medyka z taka/takimi specjalizacjami?

wtorek, 20 września 2011

Garderobiane rozterki

Dziczeje tutaj. Ubraniowo, fryzowo, obuwniczo. Kupujac dzieciacomlodziezowa garderobe na rozpoczenia roku szkolnego, uswiadomilam sobie, ze nie pamietam, kiedy cos nabylam dla siebie. I jak zwykle przed przylotem do Bolandy wpadlam w lekki poploch, miotajac sie miedzy ekstremistycznymi postawami - nic nie kupuje, na miejscu zakupie dzinsy i buty i wyludze cieple ciuchy od przyjaciol, a - kupie to, to i tamto i sramto.


Bo dwie natury sie we mnie tlocza. Pierwsza jest minimalistyczna i moze chodzic caly czas w bojowkach, wygodnych sandalach i t-shirtach po kolezankach, druga - troche otrzaskana po salonach dzieki wycieraniu dyplomatycznych rekawow - lubi klasyczna elegancje. Na ta druga zwyczajnie nigdy mnie nie bylo stac, mialam wiec kilka przebran, typu - Ania w wersji do pracy - ktore sluzyly mi latami, wlasnie dzieki klasycznemu stylowi, wymagajac zmian tylko dodatkow. Bardzo praktyczne. I bardzo nudne. Stad miedzy innymi moja ksywa - Madame Ha. Ozesz...


Postanowilam nic nie kupowac. Moze bedzie cieplo. Ale cieplo w pazdzierniku wcale nie oznacza ciepla obiektywnego. 20*? Nieee. 15*? Taaak. 10 i mniej??? Jak najbardziej. Uch, ostatni raz przebywalam w takiej temperaturze chyba z 11 lat temu. Zmienilam zdanie co do zakupow ubraniowych, tym bardziej, ze niedaleko mojego domu otwarto supermarket ciuchowy z przeceniona Zara (heh, pewnie kolekcje sprzed dwoch lat) i Stadivariusem (pewnie sprzed 5). I tutaj dygresja. Mam jakas blokade zakupowa. Nie potrafie wydac na siebie kasy, nie potrafie i juz, pewnie sie tym zarazilam od Pana Ha. Kupowanie ubran, gdy obok sklepu, obok domu, widze niedozywione dzieciaki, ubogie kobiet ... nie chce napisac, ze jest niemoralne, po prostu jest mi niepotrzebne. Koniec dygresji. Sami wiec rozumiecie, ze moglam dokonac zakupow tylkodlatego, ze ubrania w namierzonym sklepie byly bardzo mocno przecenione.


I tak, nabylam:
spodnie 3/4 Pirate Elegante Femme Zara za 60 PLN, szary miekki material
bluze Stradivarius za 18 PLN
koszule niebieska Stradivarius za 9 PLN
koszule - body Stradivarius za 9 PLN
golf szary Stradivarius za 12 PLN
Jako corce lutnika bardzo mi sie podoba nazwa marki, pierwszy raz sie z nia spotkalam. Przy kasie dostalam 3 kado, ku mojej wielkiej radosci - 3 szaliki zwane eszarpami. Rekawiczek nie mieli.


Juz w domu, ogladajac zdobycze zadumalam sie nad ich wartoscia grzewcza. Pewnie okaze sie mierna. Ozesz po raz drugi. Wyslalam M linka do czapki za 20 zeta i kazalam kupic. Kochana, kup juz teraz, niech czeka na mnie. Najlepiej w Twojej torbie na lotnisku.


Licze, ze Pan Ha bawiacy ciagle u Wuja Sama tez cos mi zakupi. Niestety moge sie przeliczyc, bo po pierwsze - "wiesz, kochana, tutaj wszystko zdrozalo, juz nie mozna jak ostatnio za 100 dolcow nakupowac ciuchow do woli" i po drugie "tu sa same big rozmiary, ech, mowie Ci, boje sie, ze znowu kupie Ci za duze". Ozesz po raz trzeci.


A ja wlasnie przeszlam z kategorii 34 na 36, czyli z XS na S. Szkoda tylko, ze od pasa w dol, a nie odwrotnie.
Ozesz po raz czwarty i ostatni.

czwartek, 15 września 2011

Zemsta raka zza grobu

Zdaniem lekarza robiacego usg oraz ortopedy, wyhodowalam sobie chroniczne zapalenia sciegien na obu nogach. Pewnie sama jestem sobie winna, ignorujac bol, ktory pojawil sie dawno, dawno temu. Ale do licha, potraficie odroznic bol sciegna od bolu miesni?

Pojawia sie pytanie, co takiego zadalam sobie w glowie, zeby tak bardzo zamknac sie na sygnaly plynace z wlasnego ciala. Proste rownania: biegam = nie mam raka i wiecej biegam = wiecej nie mam raka, jednak sie nie sprawdzily. Trzeba bylo po drodze dodac kilka waznych danych, by ostatecznie otrzymac wynik: nie ma raka = nie biegam. Trzy tygodnie!!! odpoczynku, potem dwa tygodnie powolny marsz, rozciaganie i trucht w miejscu (!!!), a potem zaczynam od - powolnych trzech kilometrow!!!
A maraton za miesiac. I nie przesuna go dla mnie.

Bardzo duzo kosztowalo mnie pogodzenie sie z faktem, ze go nie przebiegne. Ostatecznie nie decyzja lekarza mnie przekonala, ale fakt, ze noga nadal boli, ciagnie do kolana, do piety, stawiajac stope mam wrazenie, jakby mi sie zaraz miala cala kostka rozjechac; ciagnie w gore do posladka.

Zaluje. To byl wazny cel na ten rok. Balam sie wlasnej niemocy, lenistwa, ze zabraknie mi silnej woli by wypelniac plan treningowy, ale tej opcji nie przewidzialam. Ze sie tak latwo przetrenuje. I ze dokucza mi nie miesnie, nie kosci, ale sciegna.

sobota, 10 września 2011

11 wrzesnia

Ped i grypa, sponsorowaly ostatni moj tydzien. W pedzie i z grypa zrobilam usg nogi, wlasciwie nog, przymiotnik "chroniczne" bedzie tutaj slowem kluczowym, ale o tym w kolejnym poscie. W pedzie i z grypa kupowalam wyprawke szkolna dla Najmlodszego, walizke dla Slubnego, skarpetki i takie tam inne gadzety potrzebne w podrozy. Bo rozstajemy sie na 3 tygodnie, Wuj Sam bedzie szkolil Pana Ha w swojej pieknej stolicy.

Zadumalam sie dzisiaj nad poranna kawa, uzmyslowiwszy sobie zbieg dwoch okolicznosci - podroz samolotem do Washingtonu i jutrzejsza data.

wtorek, 6 września 2011

ortopedysta

Zdaniem taty Marciochy, rowniez lekarza, ortopeda jest JESZCZE GORSZY od chirurga. Bo chirurg wycina a ortopeda rabie (Marciosz, to tak bylo?). Zdaniem trenera Artura zwykly ortopeda, nie sportowy, moze w przypadku urazu czysto sportowego po prostu sobie nie poradzic.

Przysfoiwszy powyzsze prawdy, ktore srednio przyjaznie nastroily mnie do "specjalisty", zaraz na progu gabinetu zaatakowalam - a ma pan doswiadczenie w leczeniu problemow sportowcow? Rezolutnie odparowal pytaniem, - co pani ma na mysli mowiac - doswiadczenie?

Lekarz jak lekarz, wizyta jak wizyta, trzeba poglebic diagnostyke - pojutrze, no moze sie wcisne na jutro, ale nie sadze - usg uda, kolana i piety. Podejrzewa stluczenie piety.


Bardzo zaluje, ze od pol roku albo i dluzej wszystkim wokol cwierkole o bieganiu i o maratonie. Znajome Toubaby wrocily z wakacji (pamietacie, pisalam kiedys, ze Bialasy uciakaja z Senegalu przed pora deszczowa), a ze to francuskie Toubaby, wiec dyplomatycznie grzeczne i mile, po slowach powitania pierwsze pytania oczywiscie kieruja w okolice hobby/wakacji/dzieci rozmowcy. Czyli - no kiedy biegniesz? albo - jak forma?

Dlugo bede te, nomen omen, zabe przelykac.
Albo wiem - skasuje wszystkie posty o bieganiu. Rech, rech, rech.

poniedziałek, 5 września 2011

Co to bedzie...

Spac, spac, spac.
Trac oczy probuje sobie przypomniec, dlaczego w Bolandzie przestrachem sie reaguje gdy sie lustro zbije. Czy to ma byc "siedem lat nieszczesc"? A gdy sol sie skonczy? Jedzenia zabraknie?
I co trzeba zrobic, zeby odczarowac; pluc, drapac, isc do marabu?

Lustro sie zbilo, sol wszystek wyszla. A co mi tam - jeszcze jedna siedmiolatka nieszczesc, lodowka z samym swiatlem w srodku.
Braocs.

niedziela, 4 września 2011

The end

Nie mam co czekac na cud. Nie przestanie bolec.
Jak z rakiem, diagnoze postawilam sobie sama - zespol pasma biodrowo - piszczelowego. I to taki porzadnie zaawansowany. Boli zewnetrzna czesc uda, cos tam ciagnie w kolanie i haczy swa wstretna macke o piete.

Czytam na bieganiu i dochodze do wniosku, ze sama sobie na to zapracowalam. Ignorowalam bol piety i bioder, ktory pojawil mi sie po tym beznadziejnie debilnym lazeniu z kijkami z szybkoscia 7km/h (Graziano, udusze Cie, jak mi za tydzien wyslesz sms z kolejnym zaproszeniem na niedzielne chodzenie).
Ignorowalam bol zewnetrznej czesci uda i "srubek", bo... bo mnie od dwoch lat ciagle cos boli i przyzwyczailam sie, ze trzeba wstac, pracowac, zyc, no i biegac, mimo bolu; ze nie nalezy sie nad soba roztkliwiac.
Urocze trzeszczenie i chrupanie podczas krecenia prawa kostka w spoczynku, bardzo mnie i meza rozsmieszalo. Przez kilka dobrych miesiecy. To tez ignorowalam. A byla to zapowiedz nadchodzacej, nadbiegajacej raczej, katastrofy.
No i jeszcze cos - w Dakarze sa 3 rodzaje podloza: gruz, asfalt i beton. Biegalam po asfalcie, czyli po jezdni. Zawsze dla bezpieczenstwa "pod prad", czyli po lewej stronie drogi. Moja lewa noga byla tym samym obciazona przez dodatkowe nachylenie. Minimum 40 km tygodniowo lewa noga nizej od prawej.

Czyj organizm by to wytrzymal?

Odstawiam profenid i myolastan i czekam, co bedzie dalej. Sprobuje namierzyc jutro jakiegos ortopede.

sobota, 3 września 2011

Ostatnia szansa czyli cudotworca lecz wcale nie marabut

Wieki cale nie pisalam o bieganiu. Bo nie ma o czym. Nie ma biegania, nie ma pisania i pewnie nie bedzie maratonu. :( Dwa tygodnie odpoczywalam, tydzien udawalam, ze trenuje - po polgodzinnych truchtaniach wracalam do domu z noga prawie sparalizowana z bolu. Dzis dalam sobie ostatnia szanse - etiopata, zwany przez Hankeskakanke cudotworca. Powyginal mna, pokrecil, ponaciagal. Chrupalo, trzaskalo, nie powiem - ucisk w okolicach krzyza puscil, ale noga nadal boli. Podobno mialam zablokowane L3 i L4 i nerw ktory tam sie zaczyna i konczy nad pieta (wcale nie kulszowy, jakis inny), podobno ma przestac bolec w ciagu dwoch dni. Zatem - czekam do poniedzialku.

Bez biegania staje sie wredna malpa. Cud, ze na dzisiajszych zakupach szkolnych obylo sie bez rozlewu krwi.

Nie zagladam tez na biegowe blogi, bo mi sie zal robi. Szlag niech to. Tylko prosze mnie nie pocieszac, ze nie ten maraton to inny bedzie. Nie bedzie. Osteoporoza i zwyrodnienia galopuja jak szalone, nie pozwalajac zapomniec, ze terapia ktora przeszlam byla radykalnie radykalna. Wiec albo teraz albo nigdy.

piątek, 2 września 2011

Marabut

czyli czarownik. Kilka dni temu poszlam do takiego, jako obserwator oczywista. I co? E tam, lipa. Taki sobie zwykly facet, magicznych przedmiotow ma malo, ale... swiecie wierze, ze jego czary poskutkuja.





Wyjasniam. Czlowiek przyszedl do marabu z intencja jak najbardziej realna, w poszukiwaniu obrony przed zlymi ludzmi. Czlowiek wierzy w te wszystkie gri-gri, dziny, dobre i zle moce. Wyszedl wiec od marabu z przekonaniem, ze zli mu nie zaszkodza, ze jest chroniony. W efekcie chodzi wyprostowany, z blyskiem w oku, uzywa mocnej i madrej argumentacji podczas zebran ze zlymi i neutralnymi; no patrze i nie wierze - prawie terminator.



Marabu jako superpsychoanalityk.

I stawki ma podobne...

sobota, 27 sierpnia 2011

Sepy

Tragedia w infantylnym wydaniu? Spsowal sie dzieciecy komp.


Kraza teraz infanty/sepy wokol mojego. Gdzie ja, tam one, zerkaja czy nie odkleje sie na chwile od mojego najslodszego lapciopa, by - gdy to sie stanie - byc pierwszym przed bratem/siostra i zapytac - mogeee???

A ja lubie powoli, niespiesznie, tak od czasu do czasu, po troszeczku, zagladac co jakis czas, sprawdzic jakas mysl, autora, piosenke, ktora po glowie chodzi.

Schowalam sie przed nimi z moim ukochanym. Nadaje do Was z kibelka

niedziela, 21 sierpnia 2011

Zdjecie

Czeka sie na te ostatnie dwa dni w tygodniu, przychodza i pffffff, jak powietrze z balonika. Chyba lepiej nie miec wobec nich zadnych oczekiwan.

W sobotni poranek zwiedzilam szpital im. Aristida Danteca - szpital panstwowy kliniczny, w ktorym znajduje sie chirurgia i onkologia. Jezdzilam tam na naswietlania cobaltem, byla to wiec podroz sentymentalna?

Uprosilam lekarza, mlodego chirurga ktory robi II stopien specjalizacji i jezdzi ze mna na badania kobiet do Yeumbeul, by mnie oprowadzil. Szpital oczywiscie niedoinwestowany, przepelniony, miejsc malo. Na to bylam przygotowana. Porazilo mnie co innego - same ciezkie przypadki. Pacjenci w Afryce zglaszaja sie do lekarza, gdy doslownie stoja nad grobem.

A potem zaczelo padac i bylo cudnie. Przesiedzialam najwieksza ulewe w samochodzie, cieszac sie, ze odkrylam gdzie sie wlacza tylna wycieraczke. Pozniej poszlam na pyszna kawe ze spienionym mlekiem. A gdy sciana deszczu zamienila sie w zwykly, polski kapusniaczek, ruszylam na spacer po wyludnionym srodmiesciu. Przechadzke psul mi sprzedawca parasolow, probujac nachalnie namowic mnie do zakupu swojego towaru. Ech, wy Senegalczycy, tak sie deszczu boicie, przeciez z curku nie jestestem, nie rozpuszcze sie - tlumaczylam.

Niedziela nijaka. Miedzy kuchnia, dziecmi, wymiana niedzielnych fraz z malzonkiem. Probowalam zrobic cos sensownego ze zdjeciami projektowymi. Bo to jest tak - jesli mnie biala dobrze widac, moich czarnych towarzyszy na zdjeciu nie bardzo. I odwrotnie, gdy sie zdjecie rozjasni i ich dobrze widac, ja znikam jak biala plama. Programu do obrobki zdjec nie mam.

W akcie desperacji wyszlo mi takie cos. Mnie tam sie podoba. Wyjasniam, ze na twarzy mam piegi, nie plamy watrobowe.



piątek, 19 sierpnia 2011

Bolesnosc bytu

Ignoranci to maja w zyciu dobrze. Zyja cudnie nieswiadomi i rozkosznie sie raduja swoimi sukcesikami. Nie bede wyjasniac o co zacz i coz jeszcze. Opcja "wyciac - wkleic" zaczyna byc niewystarczajaca...

Na pocieszenie (siebie) dam fote. Nie swoja, ale poloznej, ktora bardzo lubie i szanuje.




Jesli jeszcze nie wyczailiscie, to mowie - popatrzcie na prawo - link do info o projekcie.


Ah. Nadal nie biegam. Boli...

wtorek, 16 sierpnia 2011

Wieza Babel

Mamy gosci. Takich na dluzej. Wakacje dzieci polegaja tutaj glownie na wysylaniu potomkow do rodziny. Jak w Polsce kiedys np. na wies (n.b. bardzo zazdroscilam kolezankom tych wiejskich wakacji, moja cala rodzina miastowa niestety).
Wiec od dwoch tygodni mamy dwoch kuzynow i corke Pani Sprzatajacej.

mowie do dzieci po polsku, one do mnie po francusku
do kuzynow mowie po francuski, oni miedzy soba po woolof
do corki Pani Sprzatajacej mowie po francusku/woolof, ona mi odpowiada w serrer
tato do dzieci czasem mowi po angielsku

pointa:
nikt z nas nie opanowal dobrze zadnego jezyka
(o czym swiadczy powyzsze zdanie)


poniedziałek, 15 sierpnia 2011

No i oberwalo mi sie...

za nadgorliwosc

Cale zycie dostaje za to baty :(

Przerwa

w bieganiu do czwartku albo i piatku.
Trener upomnial, ze glupota bylo samo wyjscie na trening, ze czujac bol nie powinnam biegac. Ech :(

Zla jestem i rozzalona. Bo czuje moc i sile, miesnie nie sa przemeczone, tylko ta noga, ech :( Po polgodzinie zaczynam czuc piete, po kolejnych dwudziestyu minutach sciagacz od skarpetki zaczyna zaciskac sie jak zelazna obrecz, srubka w biodrze zaciera sie jakby zardzewiala, a szpilka w kosci krzyzowej kluje coraz silniej. Moja lewa, zbuntowana noga.

Tegoroczne wakacje to sprawdzian mojej elastycznosci. Wobec zmiany planow. Na poczatku czerwca zrobilam sobie taka piekna rozpiske dotyczaca pracy, wakacji, wyjazdow wekendowych, prac robotnikow na tarasie (kafelki i budowa werandy), przyjmowania kuzynostwa dzieci i organizowania im wyjsc na basen, plaze i dostarczania innych rozrywek. Wszystko, ale to totalnie wszystko wzielo w leb. I zyje z dnia na dzien. Moze przyjda robotnicy, moze uda sie pracowo ogarnac plan na przedwczoraj, a jesli tak, to moze zawioze dzieciaki na basen. Nie lubie, oj jak ja tego nie lubie. Popadam w czarna dziure i nikt mnie tu nie rozumie. Bo tutaj tak jest, to Afryka - slysze od wszystkich wokol, gdy probuje sie wyzalic. I zaraz - wiesz co, te twoje problemy, to zadne problemy.
No nie wiem.
Powinnam moze mieszkac w Szwajcarii.


sobota, 13 sierpnia 2011

W Dakarze gwiazdy nie spadaly

Coraz trudniej jest mi wypelniac plan terningowy. Biegac mozna albo wczesnie rano, albo wieczorem, w ciagu dnia upal i wilgotnosc zwalaja czlowieka z nog. Z tym wieksza przyjemnoscia zdecydowalam sie dolaczyc do grupy moich ulubionych chodzacych/biegajacych, ktorzy w nocy z piatku na sobote zorganizowali marsz po pieciokilometrowej petli. Bylo przesympatycznie. Opowiesciom o wakacjach, planach na kolejny rok szkolny, dzieciach, no i oczywiscie o planach sportowych, nie bylo konca. Wypatrywalismy przy okazji tych spadajacyh gwiazd, ale poza corka prezydenta, ktora razem z ochroniarzem brala udzial w marszu, nie wypatrzylismy zadnej. Wrocilam do domu o polnocy.

Zrobilam petelke pieciokilometrowa z kijkami, pozniej zlozylam je i odbylam obowiazkowy, 3 w tym tygodniu trening - godzinka wolno + 5 interwalow. Niby bieglo mi sie calkiem dobrze, ale dzis musze przyznac, ze moje cialko sie buntuje. To ostatni tydzien intensywnego trenowania, przyszly tydzien ma byc juz lzejszy, licze na odpoczynek, bo odnosze wrazenie, ze jets na granicy kontuzji. Jednak zanim zwolnie tempo i intensywnosc, czeka mnie jutro ostatni w tym tygodniu trening - wolno 120 minut. I szczerze wyznaje juz przed, ze nie wiem, czy dam rade.

Musze sie tu pozalic. Bo boli. Cos podobnego dopadlo chyba kiedys Hanke - bolaca pieta "pociagnelä"w gore i boli teraz lewe biodro, pupa, ciagnie az do kosci krzyzowej w ktora ktos zlosliwie wbija mi szpileczki. Pieknie to sobie wytlumaczylam: oszczedzajac pobolujaca od trzech miesiecy stope, dokladniej piete i sciegno, nie odbijam sie dostatecznie mocno stopa, lecz raczej "ciagne" ja "z biodra"...hm, ciekawe czy ktos z Was zrozumial co mam na mysli. Zmeczona i rozwalona psychicznie (znow trema, czy dam rade przebiec ten maraton?) zrobilam sobie dzisiaj dzien lozkowy. Zazylam przeciwbolowe cholerstwo rozkurczajace miesnie (myolostan, przez kilka godzin jestem po nim jak rosinka), wcieralam zel cliptol i kazalam Slubnemu sie pomodlic. Jutro 6 rano - to samo miejsce co wczoraj. Wolno i dlugo. Zdam relacje czy dalam rade.

Uzupelniajac poprzedni wpis. Dieciaki przeszkolilismy. Ale cala akcja nie byla tak grozna, jakby sie moglo wydawac. Drobne kradzieze sa tutaj na porzadku dziennym, lecz rozboje, zabojstwa, zachowania przemocowe wobec dzieci, ciagle jeszcze naleza do rzadkich przypadkow. Inch Allah.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Kobieta z jajami

Jest Ramadan. Pan Ha o 20 je sniadanie, potem spacerujemy, 22 obiad, 5 rano kolacja.

21 - spacerujemy. Bez dzieci. Po pol godzinie chwycil mnie niepokoj, wracamy. W domu dzieciaki - jakas pani byla, zostawila kartke. Czytam: prosze zadzwonic pod numer XXX, podpisano XXX corka pani XXX z banku SGBS. Dzwonie, nie ma tekiego numeru. Bank SGBS? Nie mamy tam konta. Zastanawiam sie dalej... JASNY GWINT, opowiadac mi tu juz kto tu byl i co robil!!!

Opowiesc Najmlodszego:
Zadzwonila pani do drzwi, to jej otworzylem, chciala widziec rodzicow, to powiedzialem, ze wyszli, chcialem drzwi zamknac, ale weszla do srodka i powiedziala, ze na was zaczeka. Usiadla, a ja z Ablayem (kuzyn) wrocilismy do komputera. Co robila? Nie wiem, nie patrzylem, gralem w gry. Aha, wody sie chciala napic to jej dalem.

Opowiesc kuzyna:
Poszla na gore (pokoje dzieci) ale szybko wrocila. Rozgladala sie po salonie, to powiedzialem Najmlodszemu, ze ta tutaj to chyba czego szuka, ale on nie reagowal, bo wiesz ciocia, gralismy w FIFA 2010. Jak poszlismy do lodowki po wode, to podeszla do koszyczka, gdzie klucze trzymacie i drobniaki i grzebala tam. Potem sie zapytala, czy ktos jeszcze jest w domu. To poszedlem po Srednia i wrocilem do komputera.

Opowiesc Sredniej:
Dziewczyna, tak na oko 17 lat (sic!). Mila i sympatyczna, chciala od ciebie mamusiu jakies dossier do banku i poprosila, zebym z nia poszukala. Ale ja powiedzialam, ze nie wiem gdzie trzymasz papiery z banku. Chcialam ja jeszcze o cos zapytac, ale ona caly czas rozmawiala przez telefon, wiec nie chcialam jej przerywac. Chodzila troche po salonie, potem oparla sie o sciane przy wejsciu do waszej sypialni, caly czas z telefon przy uchu. I nagle weszla do waszego pokoju i zapalila swiatlo. Pomyslalam sobie, ze jest niegrzeczna i tak sie nie robi i chcialam jej to nawet powiedziec, ale nie chcialam byc niemila. Ale gdy otworzyla Twoja szafe z ubraniami, to sie jednak zapytalam czego szuka. To ona powiedziala, ze nic, napisala na kartce ten nr telefonu i poszla. Aha, wydaje mi sie, ze dotknela Twoja torebke, ktora lezala na lozku.

Zniknela tylko pieczatka firmowa. Mielismy wszyscy wiecej szczescia niz rozumu.

Coz za misterny plan: godzina, telefon, sprawa z banku. I ta odwaga! Niewatpliwie dziewczynka ma niezle jaja.

(opowiem Wam kiedys jak wyglada "sposob na wode"i "sposob na zapalenie opon mozgowych")

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

CO2

Kurtyna w gore!!!

Zakupilam, zaplacilam z zamiarem zawiezienia do kliniki butle z GAZEM CO2 - ostatni element do projektu. Gazem CO2 dokonuje sie zabiegu kriochirurgii, czyli zamrazania zmian przedrakowych, inaczej stanow dysplastycznych.

Zakupilam, zaplacilam, podjechalam autem pod rampe i sie zaczelo.
- wieziesz to w bagazniku? - pan sie uprzejmie zapytal - bo wiesz, to NIEBEZPIECZNE!
- no ale co sie moze stac? - sie pytam. - to nie dostalas listy z ostrzezeniami? - panu wychodza oczy z orbit.
- no do licha, nie - moje zaczynaja sie upodabniac do jego. - To lec po te kartke z ostrzezeniami - dodal.

To polecialam. A tam 5 stron, ze palne, ze wybucha, ze niebezpieczne, ze powoduje utrate przytomnosci gdy sie ulatnia, a ze sie ulatnia tego nie wiadomo, bo bezwonne. Musialam podpisac ze sie zaznajomilam i ze biere na wlasna odpowiedzialnosc. - Otworz okna - poradzil uprzejmie pan - na wypadek gdyby sie jednak ulatnialo.

K... m.c zaklelam na glos (komfort zycia w kraju gdzie (jeszcze) nie znaja polskich przeklenstw). Trudno, bede jechac wolno i z otwartymi oknami.

Po drodze oczywiscie wszyscy probowali mnie stuknac, albo przynajmniej zajechac droge. Ale nie dalam sie. Dojechalam i dowiozlam.

Kurtyna opada z hukiem z powodu zmrozenia CO2.

Po powrocie do domu odebralam telefon od fabryki CO2, ze bardzo przepraszaja, ale zapomnieli mi powiedziec, ze za drobna oplata oni zapewniaja transport.

Podpalam kurtyne.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Ciiiiiii

Czesto jest tak: wszyscy wiemy o co chodzi ale ciiiiiiiiiii
Tato kolezaki mial guza. GUZA. Nikt nie powiedzial rak, nowotwor, wszyscy mowili GUZ. Moze miedzy soba byli szczerzy, trudno mi uwierzyc, ze rodzina nie rozmawiala z lekarzem o rokowaniach, ze pacjent nie wiedzial na co choruje. Tato zaczal byc poddawany terapii. Okazalo sie, ze to chemio - terapia.
Do dzisiaj w rozmowach nie pada slowo RAK.
Czy tu jest podobnie? Jesli tak, na bogi, DLACZEGO??? Dlaczego nie padlo slowo RAK???
Wytlumacze: nie jestem fanka epatowania rakiem. Ok, sama pisze bloga o raku, gdzies sie tam udzielam przeciwrakowo, ale moj projekt zycia - projekt przeciwdzialania zachorowaniu na RSM w Senegalu - robie jako Anna Ha, wcale nie byla pacjentka onkologiczna. Bo nie widze sensu i juz. Bohaterkami projektu sa kobiety, ktore chcemy zbadac, wyedukowac, upomniec sie o ich prawa (a propos - blog projektowy tutaj). To jednak roznica zasadnicza - nie epatowac a wypierac sie. W koncu na tych, hehehe, celebrytach, jakas tam odpowiedzialnosc ciazy. Milczac daja znak - tak, mam TA chorobe, TA STRASZNA, tak straszna, ze imienia jej nie wolno wypowiadac na daremnie.

Gorac

Od sierpnia do listopada w Senegalu jest strasznie. Goraco, wilgotno, meczaco. Trzeba sie nauczyc zyc w rytmie tropikow: wstawac wczesnie, klasc sie pozno, w poludnie uprawiac sjeste. Wszelkie aktywnosci ograniczyc do spraw ktore musza byc zalatwione, te ktore moga, a nie musza - skreslic. I ta weryfikacje powtorzyc jeszcze trzy razy, by otrzymac liste dzialan niezbednych do przezycia. Sprobujcie, sami sie zdziwicie jak krotka moze byc ta lista.

Jade na maksymalnych dawkach hormonow. Mimo to wybuchy goraca mi sie zdazaja - poskarzylam sie docowi. Przepisal Abufen - swinstwo, dretwieja mi od niego paluszki. A do tego gowno nie dziala, pomyslalam wycierajac pot z czola podczas napadu goraca. Kurcze, a moze to nie sa wcale wybuchy goraca, tylko zwyczajny upal i sie niepotrzebnie truje - doszlam do wniosku po tygodniu zazywania.

Onkobieg

Oglaszamy i namawiamy
Onkobieg organizowany przez Stowarzyszenie Sarcoma.
Pobiegnijcie, namowcie znajomych, rozpropagujcie.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Ramadan i intencje





Naukowo udowodnione rozpoczecie Ramadanu.

Odnosze wrazenie, ze Najukochanszemu blizej do Stworcy niz mnie. Bede wiec stac nad nim codzinnie i pilnowac czy dokladnie sie pomodlil, w czyjej intencji sie pewnie domyslacie.

Na te okolicznosc przysiegam wstawac przed switem i robic Slubnemy sniadanie, co by mogl tylko modlitwie sie poswiecic.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

ucieka z kapieli bo sie wybieli i mlodej parze niech sie szczesci

Mala tytulowa prowokacja.

Najmlodszy poszedl wczoraj na plaze z kuzynostwem. W samo poludnie, bez kremu i czapki. Polozyl sie na sloncu z postanowieniem upodobnienia sie do kuzynow. Gdy go wieczorem odbieralam od szwagierki, rozpalony byl strasznie; goraczka prawie 39 stopni, dreszcze, zimne rece. Biafin na skore, paracetamol do picia i zamumifikowanie w zimnym, mokrym przescieradle. Ech, gupol.

A pewnej mlodej parze, ktora jutro slub bierze, zycze jak najwiecej wspolnych lat, w milosci i szczesciu.
Zycze calym moim sercem. Pan Ha doklada swoje.

sobota, 30 lipca 2011

Memento





Wspominalam ostatnio o chaotycznym ruchu drogowym. Lubie prowadzic, ale skrzydel jakos rozwinac nie moge, caly czas miedzy dwojka i trojka; autko pali jak smok. Rower odpada.

A drugie zdjecie to takie memento, jadac poza Dakar zawsze spotkam co najmniej jedno takie "cos".

Znajomy mowi - gdy parkujesz samochod podziekuj Bogu, zes caly do domu wrocil. Wiec dziekuje. Bo dwie godziny temu moj powrot nie byl wcale tak ewidentny (wiem, znow frankofinizm mi wyszedl).

piątek, 29 lipca 2011

Przed i popoludnie

Przyjelam rano pana od interesow. Pan mysli, ze glupia jestem i naiwna, i raczki zaciera, bo nie wie jeszcze, ze drzwi moje zamknely sie za nim na zawsze, ze sie juz wiecej nie zobaczymy. A ja jestem po prostu grzeczna i przez gardlo mi sie przeszlo - wyp... oszuscie j...y. Pan spsul mi cale przedpoludnie.

Po poludniu pracowalam w ramach projektu. Kobiety badal mlody lekarz na specjalizacji, nie moj doc osobisty. Skorzystalam i w drodze powrotnej wypytywalam, gdzie moglabym teoretycznie miec przerzuty/wznowe. Moj doc by mi nic nie powiedzial, ale ten mlody sie przejal i zaczal jak na egzaminie wyliczac. Chaotyczny ruch drogowy (kto byl chociaz w Turcji, wie o czym mowie) nie pozwolil mi skupic sie i polowe zapomnialam, ale odnioslam wrazenie, ze tylko serca nie wymienil. Nie przejelam sie. Nie dotyczy mnie. Pytalam tylko, zeby atmosfere ozywic.

środa, 27 lipca 2011

Len

Ojejunciujejunciujejunciu
musze isc pobiegac. Plan na dzisiaj: 10 minut spokojnej gimnastyki + 40 minut spokojnego biegu + 20 minut krossu i gimnastyka rozciagajaca.
Jest juz ciemno, nie moge jechac na bulwa, musze biegac na dzielni, wrod luda, samochodow i koni. Nie chce mi sie strasznie. Ale jesli nie pojde, bedzie mnie sumienie uwierac (albo raczej ambicja).
Ide

Nie poszlam. Pradu nie ma, ulice nie oswietlone. Przenosze na jutro na 6 rano.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Kosmiczne zadowolenie

Zwiekszam dawke treningow w tygodniu z trzech do czterech. Brak konsekwencji w stosunku do przedostatniego wpisu jest tylko pozorny. Bo wiecej treningow oznacza mniejsza ich intensywnosc wysilkowa. Tak mi sie przynajmniej wydaje.

W ubieglym tygodniu krotkie dystanse biegalo mi sie zle. Wybralam sobie trase z dlugim, poltorakilomatrowym podbiegiem i chyba to mnie tak meczylo. W srode po 20 minutach wpadl mi kamyszek do buta, i cale szczescie, mialam przynajmniej wymowke, by sie zatrzymac. W piatek natknelam sie na miszczu - Djibi, maratonczyk, ktory wygrywa wszystkie dlugie biegiw Dakar i okolicy w kategorii powyzej 40 lat. Powspominal maraton w Krakowie - jak swietnie zorganizowany, jakie piekne miasto, a ludzie jacy sympatyczni, tak, tak, z zadnym objawem rasizmu sie nie spotkal. No wiec pogawedzilam sobie z nim tak z trzy minutki i odpoczelam tak gruntownie, ze kolejne pol godziny przebieglam leciutko jak ta baletnica.

Ale to, co sie dzialo w niedziele, to przechodzi ludzkie pojecie. Zeby wybiegac norme tygodniowa nastawilam budzik na 6 rano. Wylaczylam go i przewrocilam sie na drugi bok, z postanowieniem - pobiegam wieczorem. A wieczorem bylo pozegnalne przyjecie u kolezanki. Z winem, szampanem i wszelkimi szykanami. Ale sie zawzielam w sobie - zapakowalam ciuchy biegackie do torby, wypilam zaledwie pol kelyszka szampana (snif), jadlam malo (snif snif) i o 19.30 dalam znak rodzinie - spadamy. Rozdzielilismy sie w centrum, przy lodziarni i pooooognalam - przez ciemny bulwar nadmorski. Troche mialam pietra, maz sie pukal w czolo (niedlugo mu tam sie taki znaczek zrobi), ale przyznaje - czulam fajne podniecenie. Mialam do przebiegniecia 80 minut. Bieglam i bieglam i bieglam, az dobieglam do domu. Niesamowite to bylo, zadyszki nawet nie dostalam.

Na mapce widac moja trase, superasna, chech, a gdyby tak obiec caly Dakar wokol? Pewnie by sie dalo. Tam jest taka petelka, ale ona sie nie liczy, to nabazgralam wczesniej moja 35minutowa trase i sie nie dalo wymazac.

Tak mi bylo fajnie po tym niedzielnym biegu, ze poprosilam trenera o dodatkowy, czwarty trening. No i mam. Za swoje.

czwartek, 21 lipca 2011

Wywiad




Kiedys sie zbiore i uzupelnie wreszcie bloga projektowego. Ale zanim to nastapi - zdjecie profesora po szkoleniu i konferencji prasowej, podczs udzielania wywiadu.



Byly trzy telewizje. Kazda chciala indywidualnego wywiadu, z dala od konkurencji. Latalismy wiec z panem Ha za nimi i gdziekolwiek przysiedli, rozstawialismy za profem banery. Co by w Senegalu wiadomo bylo, ze projekt przez RP finansowany.








środa, 20 lipca 2011

Rozne odcienie rozowosci

Po leczeniu mialam na nosie rozowe okulary. Przez okolo rok. To zreszta widac i czuc na wpisach blogowych z tamtego czasu. To byl chyba najszczesliwszy czas w moim zyciu.

Teraz jest ... pusto. Rozowosc zaszla szaroscia lekko. Czasami sie przebija, najczesciej sama musze sie jej dopatrywac. I nie wiem czy ona tam jest, czy tak bardzo chce ja widziec, a moze chce, zeby inni mysleli ze ona tam jest. Tak, teraz o szczescie musze sie bic, starac sie, czasem udawac sama przed soba, ze je osiagnelam.

Ide jutro na kontrole. Wiem, ze wsz dobrze, mam wyniki w garsci i na papierze. Zawalcze o jakosc zycia, podyskutuje o swoim cialku. Bo niestety staje sie jasne, ze bieganie nie jest tym, co zmalretowane cialo lubi. Glowa owszem. Ale nie cialo. Nad ranem budzi mnie coraz silniejszy bol srubek w biodrach - zwyrodnienie stawu, w ciagu dnia dokucza prawe biodro - odzywa sie uszkodzony trzy lata temu nerw kulszowy, po 30 minutach biegu lewa kostka zaczyna pobolewac, a wieczorem bola mnie plecy, ramiona, kosci wszelakie - pewnie efekt menopauzy. Jak powiedziala znajoma reumatolozka, ten symptom/choroba nazywa sie SKS. Wiecie co to?

Pobiegne ten maraton, nie opuszcze. Wyciagne od doca recepte na przeciwbolowe piguleczki i masci i dam rade. Ale pewnie to bedzie pierwszy i ostatni raz.
Chlip.
Powoli czas zaczac myslec o nowym wyzwaniu i pasji.
Tlko nie kazcie mi szydelkowac (zaproponowala mi to Pani Sprzatajaca).

poniedziałek, 18 lipca 2011

Pieskie zarlo

Co prawda po pieskowej puszce kicia nie zaczela szczekac, ale leje, leje po moim perskim dywanie odkupionym od zlikwidowanej polskiej placowki dyplomatycznej.

Heh, moze wyczytala w moich myslach i urzeczywistnia to, na co ja nie mialam odwagi a permanentna ochote, podczas osmiu lat tyrania obok dywanu tego?

Polska pomoc i doc



Chech, nie moglam sie powstrzymac. Doc szkolacy kobiety.

niedziela, 17 lipca 2011

Resztki i szczescie

Zmeczona jestem i szczesliwa.
Zmeczona wczorajszym wieczornym bieganiem. Zapomnialam sie porozciagac "po"i wszystko mnie boli. A, zmeczona tez jestem konferencja prasowa i szkoleniem dla dziennikarzy - kolejnym dzialaniem w ramach projektu. Znajomi dzwonia, ze jestesmy we wszystkich mediach senegalskich. Super. Ciesze sie.

Ale najbardziej sie ciesze, ze nie musze gotowac obiadu dzisiaj. Dojadamy resztki po konferencji i szkoleniu.

sobota, 16 lipca 2011

Kontrol kolejny

Od poltora roku, czyli do czasu zachorowania i pozniej wyzdrowienia, robie analizy w jednym, prywatnym (tylko takie sa) laboratorium. Kupe kasy zostawilismy u nich, ja z ubezpieczycielem do spoly. Srednio ponad 100 eurasow od badania. Laboratorium nowoczesne, skomputeryzowane, czyste, wyniki nawet mailem wysylaja, a za dodatkowa oplata przyjada do domu pobrac krew.
Niestety "mojego"markera nie robia. Pobieraja krewke i wysylaja do Francji. Troche wiec trwa oczewkianie na wyniki. Zawsze prosze o wyslanie mi wynikow czesciowych, tych, ktore sa juz gotowe po kilku godzinach (LDH, kalcemia), ktore tez jako taki obraz sytuacji daja i po ktorych mozna poznac czy cholerstwo nie wraca.
Bo wiemy, ze czekanie najgorsze jest. Skrzynke sprawdzam co godzine, przytupuje nozkami i palcami bebnie. Laboratorium tez to rozumie. Znaczy sie mowi, ze rozumie, obiecuje ze wysle i... zawsze musze do nich dzwonic z ryjem, ze nie dostalam czesciowych. Wyzywam ich od bezsercowcow albo bezkompetentnych, w zaleznosci od nastroju.
W poniedzialek robilam ostatnie badania. Z przyzwyczajenia poprosilam o wyslanie czesciowych. Potem caly tydzien sobie obiecywalam, ze za chwilke do nich zadzwonie. Zajetosc wielka mi w tym przeszkadzala, ale po poniedzialku juz na bank glowe im zmyje.

Nie zdaze. Wyniki przyszly. Calosciowe, z markerem SCC. Jestem zdrowa.

piątek, 15 lipca 2011

15 lipca, poczatek badan przesiewowych

50 kobiet przebadanych, 1 rak inwazyjny, 3 dysplazje do krioterapii, kilka polipow i innych pomniejszych problemow.
Miejsce - Yeumbeul, przedmiescia Dakaru.

I znow sie poryczalam. A kilka dni temu narzekalam, ze nic nie czuje, ze dusza pewnie w jajnikach sie miesci i dlatego ja nic nie czuje.

wtorek, 12 lipca 2011

Niewinnosc

Nie moge, to wszystko za duzo mnie kosztuje, chcialabym zapomniec o chorobie, o raku, moim raku i innych - zalilam sie docowi w chwili slabosci (pamietacie, robimy razem projekt badan i przeciwdzialania RSM na przedmiesiach Dakaru).

- to zrob swoje, dokoncz projekt, a potem odpusc, zajmij sie czyms innym - mruknal doc.

cisza

dalej cisza...

- ale ja nie moge - powiedzialam

- ale nie mozesz - powiedzial rownoczesnie ze mna. - jestes juz stracona...; szyderca - pomyslalam...



Tak, jestem stracona, tak jak Wy; stracilismy niewinnosc i juz nigdy nie bedzie jak przedtem. RAK, widze go wszedzie, czuje, placze przez niego, zyje obok, zyje dla. Skurwysyn.



Placze. Wiecie dlaczego. Wole nie pisac, bo nie wierze, ze ONA juz nic nie napisze.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Post

W Dakar zabraklo puszek dla kotow. Kicia je wiec suche i co tam jej skapnie od nas, rybki, miesko, chrzastki od kurczaka. Pan Ha przyniosl jej dzisiaj wielka puche... zarcia da psow. Wachala, skakala, miauczala, a potem fuuuj i otrzasanie lapami.

Jak sie przeglodzi ze dwa dni to zje.

czwartek, 7 lipca 2011

Bzdety pisane po polnocy

Sa takie dni, kiedy wszystko wpienia, bo wszystko idzie nie tak jak trza.
Terminy sie obsuwaja, dostawcy znajduja milion wymowek na obsuwy, a czek bedacy jedynym zywicielem rodziny w tym tygodniu ma podpis podpadajacy pani w okienku "ze ta laseczka i ten ogonek sa inne niz w speciment", a pani w okienku bynajmniej nie ma jakiejs supersofistyke technologii na ocenianie autentycznosci podpisu, tylko se na oko ocenia; kiedys taka pania przewleke przez to okienko bankowe na zewnatrz, a otworek maluski, ale pocwicze jeszcze z hantelkami na rece i dam rade. Bedziecie mi potem paczki wysylac od aresztu w Dakar. Prawda ze bedziecie??? Wrrrrrrrrrrr

Sorry za te frankofinizmy, alezem zmeczona. No i przynajmniej wicie jak Aniaha parla na codzien. Wiem, straszne to.

Cos jesze chcialam napisac. A, ze biegalo mi sie znow super. Z mieszanka jak ostatnio, kisiel postanowilam wyprobowac dopiero na 70 minutowym bieganiu w wekendzik. Nawdychalam sie dzies spalin niemilosiernie, troche mnie to martwi; mialam wizje komorek nowotworowych odradzajacych sie jak ten feniks na skutek wdychanego gowna. Ale co tam, niedlugo kontrola i badanie krwi. Alez to zlecialo - jeknal dzisiaj Dr Kasse wypisujac skierowani na badania. Wlasnie, zlecialo...

Czuje pewien dyskomfort. Pracuje z wlasnym ginekologiem. Zmienic prace czy zmienic ginekologa?

wtorek, 5 lipca 2011

Powrot mocy

W ubieglym tygodniu biegalo mi sie koszmarnie. Polamentowalam o tym troche na Maratonie Kobiet, kto chce, niech tu poczyta. Trener Kujawinski poradzil, dziewczyny z druzyny gazetowej tez. Pola jak zawsze przeszla sama siebie i znalazla takie oto rewelacje.
woda z sola cytryna i miodem oraz plynny kisiel

Dzisiaj biegalam 50 minut o 20.30; pora bardzo odpowiednia, upal mniejszy, slonce nie trzaska po glowie. Bieglam z butelka, pociagajc co 7 minut mieszanke wody, miodu, cytryny i szczypty soli. Bieglam sama, wiec z szybkoscia slimacza. I... bieglo mi sie CUDOWNIE!!! Dawno nie czulam tej lekkosci w nogach i czystej przyjemnosci z biegania. Znalazlam nawet sily, by przyspieszyc na ostatanie 5 minut, a po zakonczeniu biegu zaro zadyszki.

W czwartek wyprobuje plynny kisiel. Polu, jetes wielka!!!

4 lipca

Alma mater Pana Ha organizowala wczoraj obchody 4 lipca, czyli Swieto Niepodleglosci Wuja Sama. Napchalam sie tymi wszystkimi przekaseczkami, po ktorych czlowiek nie czuje, ze cokolwiek zjadl, a tyje jak na drozdzach. Saczac (chciwie) szampana, patrzylam z podziwem, jak Amerykanow wzrusza wlasny hymn. Az mi glupio bylo, ze oni reke na sercu, a ja w reku kelyszek.

Ale w duchu rechotalam. Tutaj demokracja, wartosci, amerykanizm, a ja z nowym fryzem, powstalym w wyniku wizyty w salonie fryzjerskim noszacym wdzieczna nazwe Djihad.

czwartek, 30 czerwca 2011

Je je jeeeeeee

Najstarsza zdala mature.
Jeszcze tylko dwa mlodsze smarki i obowiazek wobec rodzaju ludzkiego bedzie odwalony.

Co sie dzieje w Senegalu?

pytaja mnie bliscy i dalsi znajomi.

W skrocie. Obecny prezdyent rzadzi od 2000 roku i przyszlym roku konczy druga kadencje. Ma ochote na kolejna, lub przynajmniej na obsadzenie fotela swoja progenitura. Probuje wiec pogrzebac przy konstytucji, ma na to jeszcze dwa miesiace - na pol roku przed wyborami wszelkie zmany w konsyttucji sa zabronione, i wlasnie za dwa miesiace zaczniemy odliczanie szesciu miesiecy do wyborow.

Ludzie nie chca ani seniora ani juniora, maja dosc. Maja tez dosc przerw w dostawach pradu. Swoje niezadowolenie wyrazaja coraz glosniej i odwazniej, ci najbardziej radykalni wychodza na ulice. Kontestacja w stylu Ghandi w Afryce nic nie da, wiec manifestanci, najczesciej studenci, pala opony i stawiaja baraze na ulicach.

Najwazniejsze w tym wszystkim, to nie pojsc za daleko. Nie przekroczyc cienkiej granicy miedzy manifestowaniem a dewastowaniem. O tym wszyscy teraz mowia, ze dobrze sie stalo, niech prezydent wie, ale niech mlodzi nie dadza sie sprowokowac.

Co bedzie dalej, trudno przewidziec. Senegal byl zawsze wzorem demokracji w tej czesci Afryki, Senegalczycy nie lubia przemocy, w sposob swoisty rozwiazuja wiekszosc konfliktow - ten jest moralnym zwyciezca, kto odpusci i pierwszy powie - c'est pas grave.

Co zrobi prezydent? Wersja pesymistyczna: dalej bedzie probowal grzebac przy konstytucji, metoda malych kroczkow zdobywac lub kupowac koalicjantow, prowokowac mlodych - juz wyprowadzil na ulice wojsko, co zostalo bardzo zle przyjete - w Senegalu nigdy nie uzywano wojska do zaprowadzano porzadku publicznego, zapowiedzial, ze wprowadzi stan wyjatkowy.

A wiecie, co mnie w tym wszystkim brzydzi najbardziej. Milczenie Francji. Wszyscy podejrzewaja, ze prezydent dogadal sie z Sarko, ktory w odpowiednim momencie poprze juniora. Jak to mialo miejsce w Gabonie. Buerk

wtorek, 28 czerwca 2011

Nalesnikarnia

Uffff, para mi poszla uszami, jak zapracowanym (albo wkurzonym) ludzikom na kreskowkach.
Robilam wsz to, co kazda kobieta umie robic jednoczesnie:


  • smazylam nalesniki na dwie patelnie rownoczesnie


  • szukalam cukru po szafkach (a kuchnie sa dwie, wiec wymaga to przemieszczania sie miedzy pietrami)


  • rzucalam okiem na konczaca prac pralke, "bo ona takie dziwne dzwieki wydaje"a potem powalczylam z drzwiczkami "bo sie zaciely"


  • drugim okiem rzucalam na robotnika przemieszczajacego sie miedzy tarasem a parterem, bo wichura zrzucila parabole


  • probowalam pewna tancerke nauczyc skanowania dokumentow, w koncu sama je zeskanowalam i wyslalam.

Przechodzac plynnie od jednej czynnosci do drugiej zsunelam rozsuwajace sie polowki stolu do pingponga, poprawilam odhaczona firanke, zmylam kilka kubkow i pewnie popelnilam mechanicznie kilka innych czynnosci.


I co? I przypalilam jednego nalesnika. Nie wazne, ze tylko JEDNEGO. Przypalilam, i pan Ha to oczywiscie zauwazyl. Ulamek mikrochwili zastanowilam sie - nalesnik na glowie pana Ha czy zero seksu wieczorem. Co byscie wybraly?


Ach, zapomnialabym - trzecim okiem probowalam ogladac dr Hausa, wychwycilam wowczas jednym uchem, jak Srednia tlumaczyla mlodszemu kto to Gej. Tak mnie to rozbawilo, ze postanowilam Ha odpuscic. A moze zle zrobilam?

Pobiegalam

o 6 rano. Zycie wrocilo do normy, prad wlaczyli.

Podpalacze opon bawili sie wczoraj w ciuciubabke z zandarmeria. Albo w pojawiam sie i znikam.
Dostawalismy sms od alma mater Pana Ha czyli wuja Sama, ze sa na Almahdi, albo na Liberte, albo na Yoff. Coz, jesli tylko w ten sposob mozna wymusic dostawy pradu i pokazac prezydentowi, ze trzecia kadencja to przegiecie, to jestem za. Umiarkowanie za.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Plany

Nie ma pradu od 24 godzin, chyba panstwo zmierza w kierunku kompletnej fajty.

Grupki manifestantow podpalaja opony na ulicach, po czym przemieszczaja sie w inne miejsce, by nie dac sie zlapac. Niestety nie wszyscy manifestanci maja czyste intencje cos tam zamanifestowac; towarzysza im mniejsi i wieksi bandyci i tych sie trzeba wystrzegac. Przestraszyli mi dzieci, bo podpalili opony na rogu, blisko naszego domu.

Ale co tam, opony sie dopalily, dzieciaki odkleily nosy od szyb, a ja nastawilam budzenie na 5. Mam do wyrobienia 50 minut jutro, co tam opony, co tam rozruchy. Wyjemy jutro wszystko z lodowki, ktora sie w tej sytuacji zamienila w szafe na zarelko. Wyjemy i pobiegam. Dwa pewne punkty dnia jutrzejszego. Bo juz praca i szkola to niekoniecznie.

Zaraz komp padnie calkiem. Nawet superasnaiwypasiona bateria nie da rady. Zawsze mowilam - wielu se zeby na tym kraju polamalo. Ale, do pieruna, nie ja. Widzimy sie jutro o 6 na Rond Point Liberte VI. A demain.

czwartek, 23 czerwca 2011

Spermatokracja



Tak bezlitosni dziennikarze nazywaja iddee przekazania wladzy z prezydenta ojca na syna.

W Dakarze trwaja wlasnie manifestacje przeciwko zmianom konstytucji umozliwiajacym rzady spermatokracji.

środa, 22 czerwca 2011

Mila wartosc dodana do biegania

Dostalam dzisiaj bardzo milego maila. Od pewnej emigrantki, ktora moja historia popchnela ku bieganiu. Buty biegowe staly juz w szafie i czekaly od dwoch lat, na taka wlasnie mala inspiracje. Na taki drobiazg, kiedy gdzies cos przeczytamy, gdzies cos zobaczymy, ktos nam cos opowie i ... zaczyna sie dalej samo dziac.

Marta emigratka biega juz od pol roku. Z duzymi sukcesami, skoro zrzucila juz 8 kilo, a za chwile dojdzie do biegu ciaglego na 10 km. Nie mysli jeszcze o zawodach i maratonach, ale to tylko kwesta czasu, jestem o tym przekona.

Marto, bardzo Ci dziekuje za maila. W Twoim bieganiu zasluga moja zadna, tak jak napisalam - przypadek, drobiazdzek. Ale to bardzo mile, ze napisalas, bardzo. Dziekuje Ci raz jeszcze, bo Twoje slowa takze dla mnie sa natchnieniem, bo jakos ostatnio mi sie nie chce i potrzebowalam chyba wlasnie takiego motywatora. Twojego i Poli.

Co do biegowej sprawozdawczosci; odpoczelam sobie trzy dni po przewrotce, dzisiaj musialam wznowic treningi by wyrobic norme nakreslona przez Artura (45 min, 35 min, 50 min) na ten tydzien. Poszlo jako tako, sciegno sie uspokoilo, tylko pod koniec bolala mnie pieta, w miejscu, ktore najbardziej cierpialo podczas forsownego marszu. Podjelam wiec decyzje - rezygnuje z maratonu pieszego, ktory sie odbedzie w Dakarze w najblizsza sobote. Rezygdnuje z duzym smutkiem, ale coz, takie decyzje tez trzeba czasem podjac.

niedziela, 19 czerwca 2011

Zycie

Nie jestem rozmemlancem, ale czasem sie rozczulam.

Kilka dni temu ogladalam probe przedstawienia malych i wiekszych tancereczek. Dziewczynki wyginaly sie do muzyki Czajkowskiego i chociaz te ich pas czesto nierowne i nieporadne, musialam sie skryc za gazeta, by sensacji swoim szlochem nie wywolac. Moja Srednia tanczy. I ja tego dozylam - jakkolwiek patetycznie to brzmi, fakt ten bardzo mnie poruszyl.

A moze to jednak Czajkowski i Strauss? Wszak muzyka zawsze silnie na mnie dzialala; w efekcie prawie jej nie slucham (to znaczy gdy nie moge sie poswiecic tylko jej sluchaniu, nie slucham jej wcale).

A przed chwila wzruszyl mnie Najmlodszy. Przytuptal cichutko, skarzac sie na bol brzuszka. Poslalam mu na dole, utulilam, zasnal. Dziewieciolatek nadal pachnie tak fantastycznie jak maluszki.

sobota, 18 czerwca 2011

Tydzien pierwszy, czyli niegrzeczna dziewczynka

Na blogu gazetowym opisujemy swoje przygotowania i dostajemy wytyczne od trenera Artura Kujawinskiego. Ja chyba przez pomylke zostalam zaliczona do grupy lekko zawanasowanej, heh. W ubieglym tygodniu mialam biegac dwa razy po 6 kim i raz 8. Wszystko w wolnym tempie. Troche sobie pozmienialam i teraz cierpie.

Ponizej wklejam relacje, na wypadek, gdybyscie chcieli ja ominac i nie klikneli linka :P
Hehe, fajnie jest miec bloga - przestrzen do glaskania wlasnego zasmeconego ego :D


Słuchacie się trenera? Tak, tak, ja oczywiście też, odbyłam trzy treningi, tylko je troche zmodyfikowałam. Pierwsza zmiana - nie mam kilometromierza, wiec postanowiłam biegać moje sześć i osiem kilometrów na czas, czyli na oko 40 i 50 minut. W srode rzeczywiscie pobiegalam 40 minut. Druga zmiana - z drugiej czterdziestominutówki w piatek zrobila sie godzina, bo biegałam z przyjaciółmi, a tyle wlaśnie biegamy w piątek. A z sobotniej pięcdziesieciominutówki zrobilo się nie-wiadomo-co, o czym za chwile.


Dzisiaj - sobota - od poczatku zapowiedzialam wszystkim - biegam tylko poltorej godziny. Po pieciusetmetrach potknelam sie o kamien (bylo jeszcze ciemno, ruszylismy przed 6) i rymsnelam jak dluga. Wstalam, otrzepalam sie i ruszylam dalej. Po kolejnych pieciuset uswiadomilam sobie, ze boli mnie lydka, chyba achilles, ta partia tuz nad pieta. Po 5 kilometrach krotka przerwa i juz wiem, ze z dzisiajszego treningu nici. Kolejna przerwa po dwoch i jeszcze jedna znow po dwoch, reszte dysnansu przeszlam. Teraz zachodze w glowe, czy boli mnie od upadku czy od biegania; musze przyznac, ze czulam lekkie napiecie w lydkach (ale w ich gornej, tylnej czescie) od niedzieli, kiedy to z grupa chodzacych z kijkami przeszlam 36 kilometrow. Bylo to dosc niemile sportowe doswiadczenie. Na usprawiedliwienie dodam, ze wszystko było poprzedzone gimnastyka, zakończone rozciaganiem i w baaardzo wolnym tempie - mogłyśmy gadać (czytaj obgadać bardzo wiele ważnych spraw).


Bardzo zgrzeszyłam? Chciałam dorzucić słówko o bieganiu w upale. Czy trening w wysokich temperaturach liczy się podwójnie? Bo jakby co, to ja mogę wprowadzić koleje modyfikacje i biegać połowę czasu....


A tak na serio, to chyba przyjdzie mi powrócić do samotnego biegania. Od kiedy zarzuciłam bieganie w pojedynke, zabawy biegowe - od tej palmy szybciej, od tamtej wolniej, oraz przestałam chodzić na treningi na stadionie, nie robie postepow. Zyskało co prawda moje życie towarzysko/spoleczne, bo biegam z super babkami. Moze jednak uda mi sie wpaswac choc jeden trening do naszego wspólnego joggingowania.


A teraz poslusznie czekam na kare.


piątek, 17 czerwca 2011

Dlaczego nie mozna edytowac zdjec?

Czy to moje nikle umiejetnosci mi na to nie pozwalaj? Wprowadzam zdjecia, wszystkie sia pokazuja jedno nad drugim, grrrr. A taki fajny reportaz chcialam zrobic. Trudno, zatem tylko cztery zdjecia.










Poniedzialek spedzilismy na Goree, wyspie oddalonej o dwa kilometry od Dakaru. Jak prawie kazda wyspa u wybrzezy Afryki historie ma straszna i architekture piekna. To taki troche skansen niewolnictwa z muzeami, restauracjami i wszechobecna sztuka turystyczna; tlumy sie przewalaja straszne, zwlaszcza podczas dlugiego weekendu czerwcowego, gdy organizowane jest swieto "Regardas sur cours" - mieszkancy otwieraja swoje podworza i oczom zwiedzajacych ukazuja sie powyzsze widoki.

środa, 15 czerwca 2011

Wrocilam

To oczywiscie metafora, nigdzie nie podrozowalam, po prostu wrocilam do mojego bloga. Wreszcie zdobylam autonomie komputerowa i internetowa, pod postacia laptopa z barrrrrrdzo dobra bateria i neta z powietrza (na wypadek przerw w dostawach sami-wiecie-czego).

Raportuje najpierw bieganie. To bedzie chyba jeden z ostatnich wpisow z tym stylu, bo z pisaniem o bieganiu przenosze sie tu - Maraton kobiet - blog 12 kobiet przygotowujacych sie pod okiem poznanskiej GW i trenera Kujawinskiego do poznanskiego maratonu w pazdzierniku. Zglosilam sie i zostalam wybrana, nie ma wiec zmiluj sie, musze pobiec i juz.

Jak kazda zawodniczka timu gazetowego dostalam plan tygodniowy. Dwa razy w tygodniu po 6 kilometrow poprzdzone rozgrzewka i zakonczone rozciaganiem. Poniedzialek i wtorek odpoczywalam po niedzielnym chodzeniu z kijkami- 36 kilometrow!!! Dzisiaj rano wybralam sie na poranne bieganie, ciezko bedzie - o 6 rano jest juz cieplo i wilgotno. Jestesmy wlasnie u progu pory deszczowej i czekamy na pierwszy deszcz. Pierwszy deszcz rodzi sie w wielkich bolach - czasami tygodniami zbieraja sie chmury, klebia i kotluja i ... d..a, w Europie dawno bylaby ulewa z tych chmur a tutaj zero. I kolejny dzien upalu, chmur i ciezkiego, wilgotnego powietrza. Czekamy dalej.

Mam spodniczke biegowa. Nigdy nie chodzilam w mini, dlugosc i ksztalt nog mi na to nie pozwalaly, ale spodniczke polubilam od razu. Jest wygodna i przewiewna. Ma super kieszonke na tyleczku na klucze i komorke. No i ta kieszonka powoli staje sie moim koszmarem. Tydzien temu zaraz po bieganiu wpakowalam ciuchy do pralki razem... z komorka. Dzisiaj rano zapiecie sie zacielo i nie moglam wyciagnac telefonu, na ktory usilnie probowalo sie dodzwonic moje dziecie. Biegalam wiec tak z dzwoniacym kuprem.


W poprzednim wpisie dalam zdjecie dr Kase, jakos nie komentujecie, pewnie inaczej sobie wyobrazaliscie. Zdjecie faktycznie nie najlepsze, zapewniam wiec, ze ja nie mam wytrzeszczu oczu, a docowi usta sie domykaja.
Ech, brakowalo mi tej pisaniny.

sobota, 11 czerwca 2011

Voici Doc



Za pozwoleniem umieszczam zdjecie



Dr A. Aziz Kase



(dawniej Dr Kocur)



wtorek, 7 czerwca 2011

Blog przegrywa

wyscig o czas z praca i rodzina. Dotsawy pradu znow reglamentowane ostro, wiec sami widzicie...

A chcialam napisac o Obamie i moim mezu, o wizycie Busha w Senegalu, o szkoleniu w szkole pielegniarskiej, o biegu kobiet na 5 km tutaj w Dakarze (tak tak, prawie w tym samym czasie byl co ten w Polsce), chcialam nawet zdjecie doca zapodac. Ale nie daje rady.

środa, 25 maja 2011

Cytologia u Ewy

Poruszyla mnie dyskusja na blogu Ewy o propozycji obowiazkowych badan cytologicznych. Chcialam dopisac komentarz, ale by to zrobic trzeba sie na onecie zalogowac, a onet Afryki nie lubi i uparcie mi odmawia (pewnie cos tam niekompatybilne mamy). Odpisuje zatem tutaj.

Cala ta dyskusja z perspektywy kraju, w ktorym cytologia jest platna, bardzo kosztowna i niewiele kobiet moze sobie na nia pozwolic, jest dla mnie bardzo... egzotyczna. Z tej perspektywy az kusi by zaproponowac takie rozwiazanie - nie robilas cytologii regularnie, zachorowalas na raka szyjki macicy - plac za leczenie (lub przynajmniej jego czesc).

Prosto, bolesnie i po amerykansku.

Tak mnie nadchodzaca wizyta Obamy natchnela.

niedziela, 22 maja 2011

I znów na sportowo

Wstałam dzisiaj o 5 rano. Wczoraj tez. Ale wczoraj była sobota, a dzisiaj jest niedziela, róznica zasadnicza. Wstałam więc w niedzielę, zeby się samookaleczać, czyli bez przymusu i szantazu przejść 30 kilometrów w średnim tempie 6 na ha. Pogięło mnie totalnie. Z ręką na sercu - było dużo łatwiej niż ubiegłotygodniowe 25 kilo, co oczywiście nie znaczy, że było lekko. Boli mnie to co zawsze, czyli tyłek i śrubki w bioderkach.

Po przyjściu do domu padłam. Pan Ha stając nad garami kręcił tylko głową, co za dom - żona się ulatnia w niedzielę, mąż robi dzieciom śniadanie i obiad - bręczał. Chce mnie wpędzić w poczucie winy. Nie uda mu się. Po obiedzie zasiadłam do kompa i pokazałam ukochanemu i dzieciom: gdzie szliśmy, z kim, ile kilometrów nachodziliśmy i co widzieliśmy. Średnia jest dość usportowionym dzieckiem, więc oczy jej iskrzą i chyba rozumie, że ja muszę, że po prostu muszę.

Jest jeszcze aspekt społeczny tego mojego łażenia i wolnego sobotniego biegania. Poznaję ciągle nowych ludzi, ich opinie na różne ciekawe tematy. Dyskutujemy, opowiadamy, poznajemy (ja przy okazji poznaję nowe francuskie słówka, memłam je w pamięci i po powrocie sprawdzam w słowniku).


Gdy jako tako doszłam do siebie i zjadłam bardzo smaczny obiadek (makaron z sosem warzywno - mięsnym; kocham Cię mój mężu, tylko Ty robisz takie wspaniałe obiadki w niedzielę), zasiadłam do oglądania Dr Hausa. Wtręt - po francuskich reklamach poznaję, że się gorąco zrobiło w Jewropie - same reklamy lodów. Jak zawsze niewiele zrozumiałam z filmu, a oglądanie białych fartuchów przypomniało mi, ze trza sie przygotować do jutrzejszego szkolenia - Dr Kocur będzie jutro szkolił studentów szkoły pielęgniarskiej z raka szyjki macicy, o czym będzie można dowiedzieć się za kilka dni z bloga projektowego.

piątek, 20 maja 2011

Spodziewany koniec zimy

Chyba juz dla wszystkich stało się jasne, ze mój blog przezywa kryzys. Jak na niego patrzę, to mnie bolą zeby, tak razi mnie szata graficzna, z którą za cholere nie mogę sobie poradzić. Zrobić tak, żeby było ładnie. Żeby mnie siem podobało. Za cholerę.



Temat raka osobistego przestał mnie poruszać. Jestem zdrowa i będę i choroba nie wróci, wiem to. Pozostaje temat raka ogolnie. No to czasem coś tam skrobnę. Ale nie ma co ukrywać - brak osobistego zaangażowania znacznie obniża dramaturię. Wieje więc nudą. Trudno. Bardziej niż własny rak interesuje mnie sytuacja na innych rakowych blogach. Zaciskam kciuki cały czas.



Przywoływanie rozmów z Doktorem Kocurem juz nie przystoi, bo zaraz Kocur przestanie być anonimy; za tydzień lub dwa ruszy blog projektowy i na nim Kocur pojawi się jako prof dr A.A.K, więc sami wiecie - nie wypada.



Pozostaje mi bieganie.



W Polsce ciepła wiosenka, pachnie słońcem i bzami. Powiązania między pogodą tam i tu, powodują, że życzę Wam w Bolandzie jak najdłuższej zimy; bo gdy u Was robi się przyjemnie ciepło, u mnie robi się nieznośnie gorąco. Ogłaszam więc otwarcie sezonu mango, komarów i upału. Moskitiery trza wyprać i zamontować nad łóżkami, koce wymienić na cienkie prześcieradła, zimowy odziewek zapakować do następnego sezonu.



Wzrost temperatury i wilgotności przekłada się na konieczność zmiany biegowej logistyki. W środę zaspałam na poranne bieganie. Zamiast o 6 rano poszłam biegać o 9 odpowiednio przygotowana, czyli wysmarowana filtrem 50, z kaszkietem i w okularach. Mimo tego nos mi się przypalił i skóra z niego złazi. Może powinnam nabyć kaszkiet z dłuższym daszkiem, taki, który zakryłby przed słońcem cały mój nos ? zastanawiałam się na głos. Nie ma takich kaszkietów, uczynnie zapewnił mnie pan Ha.



Dzisiaj biegałam 45 minut od 7.30. Wróciłam zmęczona jak pies i odwodniona nieludzko. Wydawało mi się, że połowa wody, która znajdowała się w moim organizmie postanowiła wydostać się przez pory na zewnątrz i znaczyć mój szlak biegowy. Jutrzejsze długie i wolne wybieganie zaczynamy o 6 rano. Zabieram ze sobą pas i dwa bidoniki. Za radą Graziano wsypie odrobinkę soli do wody i zcisnę kapkę cytryny.



A tutaj zagadka. Co to i jak to się po polsku nazywa (pytam, bo sama nie znam polskiej nazwy). Zwyciezca dostanie paczuszkę z owocami baobabu, ale dopiero w październiku.








Co tu sie dzieje, dlaczego edycja sie rozlazi?














niedziela, 15 maja 2011

O poranku w niedzielę

Moje maratońskie zapały dostały dzisiaj kubeł zimnej wody. W ramach przygotowań do maratonu pieszego przeszłam dzisiaj 25 kilometrów w około 3 i pół godziny. Jestem tak zmeczona, że nie chce mi się robić wyliczeń, w jakim tempie szliśmy po odjęciu wszystkich przystanków. Ostatnie dwa kilometry znów pokonałam biegiem, bo biodra nawalały i domagały się zmiany ergonomiki ruchu. Po powrocie do domu wtarłam w nie żel Clipol, działa cudownie przeciwbólowo i chłodząco. Z innych doznań: 1 - jeszcze godzinę po marszu czułam ciepło w kolanach, 2 - znów porobiły mi się bąble na wewnętrznych stronach pięt, 3 - bolą mnie mięsnie długłowe ud (o ile uda takie mają), mocno, nawet przy lekkim dotyku.
Mam więc namiastkę wyobrażenia, jak się człowiek musi czuć po przebiegnięciu/przejściu maratonu.

Pozwolę sobie jeszcze dorzucić głos w sprawie odchudzania. Nie wiem jak ludziom udaje się schudnąć uprawiając intensywnie sport. Po dzisiejszym "spacerku" zjadłam dwa domowe hamburgery, jeden na obiad, drugi na kolację, i cała furę niezdrowego, rakowego żarcia, które zostało po wczorajszych urodzinach Średniej: pop corn, ciasto, orzeszki, nawet jakieś resztki chipsów. Pisząc te słowa popijam mrożoną kawę, w której pływa ogromna porcja lodów (śmietany juz nie dałabym rady). A ważąc się ostatnio doszłam do wniosku, że koniec z bezkarnością jedzeniową. Dobijam do 52 kilo i wystarczy, więcej już nie chcę.

Sukcesem dzisiejszego dnia był debiut pana Ha w marszach przełajowych "chodzimy po Dakarze". Nie przeszedł ze mną całych 25 kilo, dobił do nas mniej więcej w 2/3 drogi, gdy przechodziliśmy obok naszego domu, potem chwalił się dzieciom, że przeszedł połowę. A niech mu będzie.

sobota, 14 maja 2011

O poranku

Poranne bieganie bardzo mi służy. Wczesne pójście spać, dość głęboki sen, co w przypadku przedwczesnej i sztucznej menopauzy jest rzadkością, pobudka o 5 rano; trochę jak w wojsku. Albo zakonie. Ale bieganie tego właśnie wymaga - samodyscypliny i uregulowanego trybu życia. Ponieważ emocje trochę mną rzucają i mam bajzel w głowie (określenie baj Marciocha), na tym etapie element porządkujący bardzo mi odpowiada. Dzisiaj dwie godziny podbiegów pod latarnię na Mammel. Fajnie.

Jutro marsz - 22 kilometry, bo udało mi się przekonać pana Ha. No i zapisałam się na maraton marszem w czerwcu. Przejdziemy od Dakaru do Różeowego Jeziora.

Gdy w lutym zaczynałam moje ranne bieganie, słońce wschodziło krótko przed 7 rano z brutalnością znaną tylko z tropików: do 7.45 ciemno, o 7.55 jasno; i to wszystko; żadnego przedświtu, jutrzenki. Tu gdzie jestem długość dnia prawie równa się nocy, z małą przewagą na korzyść dnia latem - świt wita nas teraz podczas biegania około 6.20. Biegłam w górę było ciemno, zbiegam w dół, jest już jasno. A jak jeszcze jesteśmy przy tematach pogodowych, dodam z ulgą, że pogoda nas rozpieszcza w tym roku. Połowa maja, a w Dakarze nadal przyjemnie chlodnawe noce, można spać bez klimy i wentylatora.

Blogger u mnie tez wariuje, znikneły na kilka godzin wszystkie kopie moich postów, kóre normalnie zachowane są w "edytuj posty". Brrrr, obleciała mnie gęsia skórka na myśl, że mój pamiętniczek miałby zniknąć. Może jednak kopie zapisaywać w dokumentach. Albo gdzies. Tylko gdzie? O, i etykiety poznikały. Ratuj się kto może....