Tym razem nie o Senegalu. O Sudanie, o którym co prawda nie wiedziałam nic. (Podobnie zresztą z Tunezją, poza faktem, że rządzi tam ten sam prezydent od dwudziestu lat i przestać nie chce, co akurat nie jest w Afryce czymś oryginalnym, raczej smutną normą). Zaintrygowało mnie słowo secesja pojawiające się wespół z Sudanem, jeśli chodzi o Tunezję - fakt, że prezydent uciekł z kraju. O godzinie 20 nikt jeszcze nie wiedział dokąd.
Nie wiedziałam nic, ale od czegoż jest internet.
W ubiegłą niedzielę rozpoczęło się w Sudanie tygodniowe referendum, oczekiwane przez ludność południowej części kraju od ponad pięćdziesięciu lat. Wybór nie pozostawia wiele miejsca do domysłów - większość zagłosuje za secesją i niepodległością. Niestety każdy dzień głosowania przynosi kolejne śmiertelne ofiary wśród ludności cywilnej zamieszkującej sporne tereny przyszłej granicy. Poza ustaleniem granicy, nowe państwo, czy raczej nowe dwa państwa będą miały do rozwiązania wiele spornych kwestii.
Głównym problemem, dyskutowanym od wielu miesięcy między władzami centralnymi a władzami południa, jest podział dochodu ze złóż ropy naftowej. Ponad 80% ropy wydobywanej jest na południu kraju, następnie transportowanej do portu w Khartumie przez terytorium północy. Negocjacje dotyczą więc podziału dochodów, akcji i praw wydobywczych przyznanych przez rząd centralny zagranicznym koncernom naftowym, głównie chińskim, malezyjskim i hinduskim oraz opłat za transport ropy przez terytorium północne. U nas w Senegalu mówi się, że tam gdzie w Afryce ropa, tam i wojna....
Druga sprawa, że najlepiej nawet wynegocjowane i ustalone na mapie granice, nijak się mają do rzeczywistości ludności prowadzącej w znacznym stopniu tryb życia nomadyczny. Chodzi tu o ludzi, którzy zawsze swobodnie przemieszczali się miedzy południem i północą, nie zadając sobie pytań o przynależność narodową czy obywatelską. Nomadzi hodujący bydło, czy to z południa, czy to z północy, muszą pokonać tę granicę w zależności od pór suchej i deszczowej, w jedną lub w drugą stronę.
I dalej. Populacja południowo-sudańska osiedlona od dwudziestu lat na północy kraju, liczy sobie obecnie, wraz z potomkami, około miliona osób. Jakie będą ich prawa jako cudzoziemców, dokładniej - nowych cudzoziemców, w kraju, w którym żyją od dziesięcioleci, lub w przypadku młodego pokolenia, w którym się urodzili? Wielu z nich nigdy nie oglądało południa, nie zna innego miasta poza Khartumem. Południowisudańczycy spełniają bardzo ważną rolę w rozwoju gospodarki północy; wykonują najcięższe i najbardziej pogardzane prace, których Północnisudańczycy (tadam, błysnęłam neologizmami) nie chcą wykonywać.
Pozostaje życzyć rodzącym się nowym państwom, by zwyciężył rozsądek pozwalający rozwiązać wszystkie sporne kwestie w sposób pacyfistyczny i aby zawarte ustalenia zadowoliły obie strony.
sobota, 15 stycznia 2011
wtorek, 11 stycznia 2011
Dakar to dziura,
Nie dosyć, że trudno z białą gębą się zagubić w tłumie, to jeszcze gdzie nie pójdziesz, spotkasz kogoś znajomego, albo kogoś kto zna Twojego znajomego. To pierwsze bardzo mi przeszkadza, ale to drugie sprawia, że czuję się mimo wszystko u siebie, z poczuciem przynależności do tego miejsca na ziemi.
Spotkania bywają śmieszne.
W sobotę po bieganiu poszłam na zakupy. Wyciągnęłam z samochodu bluzę, by nie świecić gołym brzuchem i udałam się w kierunku znanego wszystkim magazynu typu mydło i powidło, którego właścicielem jest zawsze szeroko uśmiechnięty Libańczyk o niebieskich oczach. Od czasu, gdy po drugiej stronie bulwaru i drogi szybkiego ruchu wyrosła konkurencja w postaci nowego marketu francuskiej sieci Casino, Libańczyk jeszcze szerzej się uśmiecha dbając o klientów. Ja lubię przyglądać się jego żonie, która jest tak sztuczna (na moje niefachowe oko - cycki, botoks, broda i chomiki), że wygląda jak siostra swoich synów.
Ale ja nie o tym.
Przed wejściem spotykam Libankę, którą znam zaledwie z widzenia z fitnessowni. O - biegałaś, mówi - widać, cała czerwona jesteś. Grrrrrrrrr. Niech żyje szczerość!
Spotkania bywają cudownie przypadkowe, z rodzaju tych nic-nie-dzieje-się-bez-przyczyny.
Katastrofalne wyniki bynajmniej nie ostudziły moich zapałów. Postanowiłam wypróbować inne ścieżki i w poniedziałek rano pojechałam do parku leśnego. Trzy kółeczka to 5 km z małym haczykiem (a może i bez). Biegło mi się dużo lepiej. W połowie drugiego kółka wyprzedziła mnie galopując dwa razy szybciej ode mnie kobitka m.w. mojego wzrostu i wieku. Bałam się, że mnie przy trzecim okrążeniu zdubluje, więc przyspieszyłam troszkę. Oczywiście niepotrzebnie. Po trzecim kółeczku - 27 minut miałam już dość. Na koniec zrobiłam kilka podbiegów, takich na oko, zresztą ja ciągle robię wszystko na oko, korzystam tylko z dziecięcego zegarka mojej córki, z branżowego wyposażenia jak na razie mam tylko buty do biegania i biegowe skarpety. I starczy na razie. Po rozciąganiu udałam się w stronę auta i tam natknęłam się na tę kobitkę - pędziwiatr, w koszulce maraton Barcelona. Okazało się, że to współprezeska Dakarskich Kajmanów, klubu maratońskiego. Sympatyczna, otwarta i namawia do dołączenia do klubu.
Dzisiaj dostałam od niej maila. W sobotę w Somone (akurat tam będziemy) organizują półmaraton i dychę. Bez spinania się i dla przyjemności.
Uwielbiam Dakar, tę dziurę.
....
jak myślicie, czy cdn?
Spotkania bywają śmieszne.
W sobotę po bieganiu poszłam na zakupy. Wyciągnęłam z samochodu bluzę, by nie świecić gołym brzuchem i udałam się w kierunku znanego wszystkim magazynu typu mydło i powidło, którego właścicielem jest zawsze szeroko uśmiechnięty Libańczyk o niebieskich oczach. Od czasu, gdy po drugiej stronie bulwaru i drogi szybkiego ruchu wyrosła konkurencja w postaci nowego marketu francuskiej sieci Casino, Libańczyk jeszcze szerzej się uśmiecha dbając o klientów. Ja lubię przyglądać się jego żonie, która jest tak sztuczna (na moje niefachowe oko - cycki, botoks, broda i chomiki), że wygląda jak siostra swoich synów.
Ale ja nie o tym.
Przed wejściem spotykam Libankę, którą znam zaledwie z widzenia z fitnessowni. O - biegałaś, mówi - widać, cała czerwona jesteś. Grrrrrrrrr. Niech żyje szczerość!
Spotkania bywają cudownie przypadkowe, z rodzaju tych nic-nie-dzieje-się-bez-przyczyny.
Katastrofalne wyniki bynajmniej nie ostudziły moich zapałów. Postanowiłam wypróbować inne ścieżki i w poniedziałek rano pojechałam do parku leśnego. Trzy kółeczka to 5 km z małym haczykiem (a może i bez). Biegło mi się dużo lepiej. W połowie drugiego kółka wyprzedziła mnie galopując dwa razy szybciej ode mnie kobitka m.w. mojego wzrostu i wieku. Bałam się, że mnie przy trzecim okrążeniu zdubluje, więc przyspieszyłam troszkę. Oczywiście niepotrzebnie. Po trzecim kółeczku - 27 minut miałam już dość. Na koniec zrobiłam kilka podbiegów, takich na oko, zresztą ja ciągle robię wszystko na oko, korzystam tylko z dziecięcego zegarka mojej córki, z branżowego wyposażenia jak na razie mam tylko buty do biegania i biegowe skarpety. I starczy na razie. Po rozciąganiu udałam się w stronę auta i tam natknęłam się na tę kobitkę - pędziwiatr, w koszulce maraton Barcelona. Okazało się, że to współprezeska Dakarskich Kajmanów, klubu maratońskiego. Sympatyczna, otwarta i namawia do dołączenia do klubu.
Dzisiaj dostałam od niej maila. W sobotę w Somone (akurat tam będziemy) organizują półmaraton i dychę. Bez spinania się i dla przyjemności.
Uwielbiam Dakar, tę dziurę.
....
jak myślicie, czy cdn?
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Kiepsko
zrobiłam sobie dwa małe sprawdzianiki,
Środa.
Było strasznie. Ale od poczatku.
Po porządnej rozgrzewce biegło mi się całkiem całkiem. Znów bulwarem nadmorskim, ale tym razem opuściłam betonowy deptak i biegłam po ubitej i dość nierównej ziemi. Po ośmiu minutach dobiegłam do sztucznej palmy przy hotelu Terrou bi, zrobiłam nawrót i .... prawie stanęłam - nawrót miałam pod wiatr. I to mocno pod wiatr. Dobiegłam do początku - szesnasta minuta biegu - i stwierdziłam, że nie dam rady ani kroku dalej. Teraz wiem, że popełniłam błąd taktyczny - zamiast zwolnić (jeśli to w ogóle możliwe...) starałam się na siłę utrzymać to samo tempo pod wiatr co z wiatrem i zwyczajnie się wyprułam. Miałam ochotę się rozpłakać. Przecież w krainie goniących burków biegałam po 50 minut, a teraz nawet nie pół godziny. Co ja mówię - nawet nie 20 minut. Wkurzona na maksa po minutowym truchcie pobiegłam jeszcze dwa razy po pięć minut i wróciłam do domu na tarczy.
Sobota
Podobna trasa. W jedną stronę 13 minut, w drugą 15. I po odpoczynku znów dwa razy po 5 minut z przerwą minutową. Tez czulam sie wypruta. Ale najwazniejsze - moglam biegac. Bardzo dobrze sie rozgrzewalam i rozciagalam. Bol plecow w normie.
Porównując oba sprawdzianiki.
W środę biegłam po południu, w sobotę rano - lepsza forma.
Teren nie jest zbyt sprzyjający, twarda wyschnieta ziemia, male pagorki, kamienie i gruz (kto zna 3 swiat, wie co mam na mysli). Wlascwie można to nazwać crosem...
Wyniki katastrofalne ale nie bardzo sie tym przejmuje. Moglam biegac i to jest w tym momencie najwazniejsze. Najblizsze dwa tygodnie poswiece na dojscie do swobodnych 30 minut.
Odwiedzilam znajoma fizjoterapeutke, ktora dwa lata temu naprawiala mi plecy. Jej zdaniem znaczna utrata wagi podczas leczenia oslabila male miesnie trzymajace kregoslup i powinnam skupic sie mocno na wzmocnieniu ich. Przypomniala cwiczenia; takie smieszne napinanie i puszczanie albo wciskanie glowy w poduszke i dupska w lozko. Sa tak nudne, ze zasanc przy nich mozna, tym bardziej, ze z przeznaczeniem do wykonywania w lozku.
Środa.
Było strasznie. Ale od poczatku.
Po porządnej rozgrzewce biegło mi się całkiem całkiem. Znów bulwarem nadmorskim, ale tym razem opuściłam betonowy deptak i biegłam po ubitej i dość nierównej ziemi. Po ośmiu minutach dobiegłam do sztucznej palmy przy hotelu Terrou bi, zrobiłam nawrót i .... prawie stanęłam - nawrót miałam pod wiatr. I to mocno pod wiatr. Dobiegłam do początku - szesnasta minuta biegu - i stwierdziłam, że nie dam rady ani kroku dalej. Teraz wiem, że popełniłam błąd taktyczny - zamiast zwolnić (jeśli to w ogóle możliwe...) starałam się na siłę utrzymać to samo tempo pod wiatr co z wiatrem i zwyczajnie się wyprułam. Miałam ochotę się rozpłakać. Przecież w krainie goniących burków biegałam po 50 minut, a teraz nawet nie pół godziny. Co ja mówię - nawet nie 20 minut. Wkurzona na maksa po minutowym truchcie pobiegłam jeszcze dwa razy po pięć minut i wróciłam do domu na tarczy.
Sobota
Podobna trasa. W jedną stronę 13 minut, w drugą 15. I po odpoczynku znów dwa razy po 5 minut z przerwą minutową. Tez czulam sie wypruta. Ale najwazniejsze - moglam biegac. Bardzo dobrze sie rozgrzewalam i rozciagalam. Bol plecow w normie.
Porównując oba sprawdzianiki.
W środę biegłam po południu, w sobotę rano - lepsza forma.
Teren nie jest zbyt sprzyjający, twarda wyschnieta ziemia, male pagorki, kamienie i gruz (kto zna 3 swiat, wie co mam na mysli). Wlascwie można to nazwać crosem...
Wyniki katastrofalne ale nie bardzo sie tym przejmuje. Moglam biegac i to jest w tym momencie najwazniejsze. Najblizsze dwa tygodnie poswiece na dojscie do swobodnych 30 minut.
Odwiedzilam znajoma fizjoterapeutke, ktora dwa lata temu naprawiala mi plecy. Jej zdaniem znaczna utrata wagi podczas leczenia oslabila male miesnie trzymajace kregoslup i powinnam skupic sie mocno na wzmocnieniu ich. Przypomniala cwiczenia; takie smieszne napinanie i puszczanie albo wciskanie glowy w poduszke i dupska w lozko. Sa tak nudne, ze zasanc przy nich mozna, tym bardziej, ze z przeznaczeniem do wykonywania w lozku.
piątek, 7 stycznia 2011
Proza życia
Stresuje mnie praca, dokładniej brak pracy, uściślając jeszcze mocniej - brak pracy dającej natychmiastowy dochód. Dłubanina którą się zajmuję przyniesie (albo i nie, ale wolę się trzymać pierwszej wersji), przywieje w moją stronę szeleszczące papierki najwcześniej za kilka miesięcy. Próbuję więc dywersyfikować przychód. I czasami gubię się, przerzucając się z jednej branży do drugiej i trzeciej. I wszystko przed kompem, wiec d..a boli. I skupić się nie mogę. Czasami wolałabym chyba kopać rowy.
Dobrze, że finansowa ostoja rodziny ma poważny inżynierski fach w ręku (chle chle, pięknie to brzmi).
Tęsknię za czasami, kiedy to szłam do biura 8 godzin odbębnić. Czasami podłubałam coś ciekawego, czasami napatrzyłam się na kwiat polskiej dyplomacji. A koniec miesiąca zawsze był łaskawy...
Praca
płaca
popłaca
spłaca
wypłaca
tak m się zrymowało...
Dobrze, że finansowa ostoja rodziny ma poważny inżynierski fach w ręku (chle chle, pięknie to brzmi).
Tęsknię za czasami, kiedy to szłam do biura 8 godzin odbębnić. Czasami podłubałam coś ciekawego, czasami napatrzyłam się na kwiat polskiej dyplomacji. A koniec miesiąca zawsze był łaskawy...
Praca
płaca
popłaca
spłaca
wypłaca
tak m się zrymowało...
czwartek, 6 stycznia 2011
Nowe bikini
Dokładnie rok temu, w środę, przeszłam operację tego i owego.
Operacja przewidziana była na godzinę 15, pozwolili zjeść w domu lekkie śniadanie do godziny 7 rano. Bardzo się martwiłam, że skończyłam jeść dziesięć po siódmej... Oczywiście niepotrzebnie, bo Kocur wylądował w klinice ze sporym poślizgiem, a potem jeszcze gadał sobie na trawniczku z pacjentami. Ja robiłam okrążenia wokół budynku kliniki rzucając mu za każdym razem mordercze spojrzenia. Zauważył i kazał mnie przyszpilić do łóżka wenflonem.
Dobrze, że chociaż widok z okna był ciekawy, na górę i latarnię
Godzina 18.30, muezin woła na modlitwę.
Przed wejściem na salę, co ja pisze - salkę operacyjną, takie to maleństwo, nie dają tam pacjentom nic na uspokojenie. Nawet nie kładą na łóżko. Samemu i na żywca się wchodzi. Ja na salę weszłam prawie tanecznym krokiem, chciałam się wreszcie najeść i wyszłam z założenia, że im szybciej wejdę to szybciej wyjdę i się wreszcie najem. No i w końcu szłam tam po zdrowie, więc po co zwlekać.
Zdenerwowanie oczywiście obrodziło słowotokiem i głupawym humorem i na pytanie Kocura jak się czuję odpowiedziałam, że bardzo dobrze, tylko że głodna jestem strasznie. To zaraz tutaj damy pani ze trzy steki z frytkami do kroplówki, machnął w stronę anestezjologa kablującego mnie ze wszystkich stron. Wolę rybkę, zdrowsza, ale jak mam wybierać, to poproszę szampana z truskawkami. Widok zaskoczenia na twarzy Kocura był ostatnim, jaki zapamiętałam. Anestezjolog zaszeptał jeszcze - zasypiamy i już.
Z okazji rocznicy dostałam od męża prezent. Dwuczęściowy strój kąpielowy. Po radioterapii przez rok nie wolno opalać i eksponować na słońcu naświetlanych miejsc. Kryłam więc brzuszek pod jednoczęściowym strojem. Dzisiaj wylądował w śmieciach.
Operacja przewidziana była na godzinę 15, pozwolili zjeść w domu lekkie śniadanie do godziny 7 rano. Bardzo się martwiłam, że skończyłam jeść dziesięć po siódmej... Oczywiście niepotrzebnie, bo Kocur wylądował w klinice ze sporym poślizgiem, a potem jeszcze gadał sobie na trawniczku z pacjentami. Ja robiłam okrążenia wokół budynku kliniki rzucając mu za każdym razem mordercze spojrzenia. Zauważył i kazał mnie przyszpilić do łóżka wenflonem.
Dobrze, że chociaż widok z okna był ciekawy, na górę i latarnię
Godzina 18.30, muezin woła na modlitwę.
Przed wejściem na salę, co ja pisze - salkę operacyjną, takie to maleństwo, nie dają tam pacjentom nic na uspokojenie. Nawet nie kładą na łóżko. Samemu i na żywca się wchodzi. Ja na salę weszłam prawie tanecznym krokiem, chciałam się wreszcie najeść i wyszłam z założenia, że im szybciej wejdę to szybciej wyjdę i się wreszcie najem. No i w końcu szłam tam po zdrowie, więc po co zwlekać.
Zdenerwowanie oczywiście obrodziło słowotokiem i głupawym humorem i na pytanie Kocura jak się czuję odpowiedziałam, że bardzo dobrze, tylko że głodna jestem strasznie. To zaraz tutaj damy pani ze trzy steki z frytkami do kroplówki, machnął w stronę anestezjologa kablującego mnie ze wszystkich stron. Wolę rybkę, zdrowsza, ale jak mam wybierać, to poproszę szampana z truskawkami. Widok zaskoczenia na twarzy Kocura był ostatnim, jaki zapamiętałam. Anestezjolog zaszeptał jeszcze - zasypiamy i już.
Z okazji rocznicy dostałam od męża prezent. Dwuczęściowy strój kąpielowy. Po radioterapii przez rok nie wolno opalać i eksponować na słońcu naświetlanych miejsc. Kryłam więc brzuszek pod jednoczęściowym strojem. Dzisiaj wylądował w śmieciach.
środa, 5 stycznia 2011
Słowo się rzekło - kobyłka u płota
Zadeklarowałam gdzieś na blogu, (albo może w swojej głowie, już nie pamiętam), że 31 grudnia podejmę decyzję co pobiegnę w 2011 roku. Gdzieś tak we wrześniu wydawało się, że półmaraton będzie w moim zasięgu, ale chocki - klocki kręgosłupowe i nie-wiadomo-co biodrowe sprawiły, że stawiam na dychę. W połowie marca.
Będzie ciężko. Z kilku powodów. No bo dycha, to nie piątka. Piątkę każdy może pobiec. Każdy kto się trochę rusza i jest przeciętnie sprawny fizycznie, może bez problemu przetruchtać pięć kilometrów. Ale z dychą jest już inaczej. Trzeba się do tego biegu przygotować ćwicząc wytrzymałość, siłę i szybkość. Czyli trenować regularnie i według planu. Drugi powód, to wstyd. Już teraz mogę powiedzieć z całą pewnością, że dobiegnę ostatnia. Spoglądam na tabelę wyników z 2009 i włos mi się na głowie jeży. Na 39 kobiet startujących pierwsze trzy czasy około 34 minut (senegalski klub wojskowy, chyba to żołnierki są), ostatni czas 54 minuty. Nie ma tu miejsca na amatorskie truchtanie, to prawdziwy wyścig. A ja? Ja będę miała spore problemy, żeby zmieścić się w godzinie.... Czyli - dobiegnę ostatnia. Podzieliłam się wątpliwościami z mężem. Mówi - jak się wstydzisz publicznie, to przebiegnij sobie sama dla siebie cztery razy dystans od klubu do hotelu Teranga, zrobisz tak dziesięć kilometrów. Jak on nic nie rozumie....
Starając się nie myśleć o wyniku, zaczynam w przyszłym tygodniu przygotowanie. Podczas ostatnich dwóch tygodni ruszałam się dość dużo, pływałam, biegałam po plaży i na bieżni. Wszystko oczywiście w zakresach mocno rekreacyjnych. Żeby realnie ocenić własne możliwości i zadecydować na który tydzień wskakuję, dzisiaj i w sobotę wybiorę się na bieganie z zegarkiem. O wynikach poinformuję.
Będzie ciężko. Z kilku powodów. No bo dycha, to nie piątka. Piątkę każdy może pobiec. Każdy kto się trochę rusza i jest przeciętnie sprawny fizycznie, może bez problemu przetruchtać pięć kilometrów. Ale z dychą jest już inaczej. Trzeba się do tego biegu przygotować ćwicząc wytrzymałość, siłę i szybkość. Czyli trenować regularnie i według planu. Drugi powód, to wstyd. Już teraz mogę powiedzieć z całą pewnością, że dobiegnę ostatnia. Spoglądam na tabelę wyników z 2009 i włos mi się na głowie jeży. Na 39 kobiet startujących pierwsze trzy czasy około 34 minut (senegalski klub wojskowy, chyba to żołnierki są), ostatni czas 54 minuty. Nie ma tu miejsca na amatorskie truchtanie, to prawdziwy wyścig. A ja? Ja będę miała spore problemy, żeby zmieścić się w godzinie.... Czyli - dobiegnę ostatnia. Podzieliłam się wątpliwościami z mężem. Mówi - jak się wstydzisz publicznie, to przebiegnij sobie sama dla siebie cztery razy dystans od klubu do hotelu Teranga, zrobisz tak dziesięć kilometrów. Jak on nic nie rozumie....
Starając się nie myśleć o wyniku, zaczynam w przyszłym tygodniu przygotowanie. Podczas ostatnich dwóch tygodni ruszałam się dość dużo, pływałam, biegałam po plaży i na bieżni. Wszystko oczywiście w zakresach mocno rekreacyjnych. Żeby realnie ocenić własne możliwości i zadecydować na który tydzień wskakuję, dzisiaj i w sobotę wybiorę się na bieganie z zegarkiem. O wynikach poinformuję.
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Rak, bieganie i Senegal
http://polskabiega.sport.pl/polskabiega/1,105541,8886768,Rak__bieganie_i_Senegal.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)