Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 listopada 2011

Oooch i aach

takie dzwięki wydaję dzisiaj po solidnej porcji rozkoszy, jaką otrzymałam w południe z rąk kobiety. Masażyski fizjoterapeutki.

Pozwoliłam sobie na tę przyjemność, bo łupało mnie w krzyżu, to jedno, ale drugie - w przyszłym tygodniu zaczynam ostrożnie, powolutku, żeby nie zapeszyć, wiec zaczynam no co??? Nieee, nie bieganie... zaczynam truchtanie. Delikatnie i powoli. Właściwie nie powinnam sie tym nawet chwalić, bo pewnie okaże sie jednak, że jednak nie mogę. No ale napisałam. Więc zwracamy uwagę w poście nie na bieganie, tylko na masowanie.

Dać się wymasować jest bardzo fajne.

czwartek, 27 października 2011

Wspomnienia z niebiegania

Nie biegam, ale tesknie do tematow okolobiegowych. Pobyt w Polsce obfitował w elementy bliskie sercu i nodze.
Dzien pierwszy i bardzo, bardzo sympatyczne spotkanie z Hankąskakanką. Wymęczona nocnym lotem, nadmiarem wrażeń i poczuciem nierzeczywistości (typowe w pierwszym dniu po zmianie kontynentu), głównie gapiłam się na przesłodkiego Ironmana, który siły ma niespożyte, macha rączętami wyrazając tym zadowolenie, a że dzieciak caly czas zadowlony i szczęśliwy, to i macha cały czas. Właściwie to mogłabym cały czas tak siedzieć i się gapić.

Pola. Wirtualnie spotkałyśmy się na forum onkologicznym półtora roku temu. Później w czerwcu 2010 podczas mojego pierwszego pięciokilometrowego biegu IrenacośtamSamsung. W tym roku Pola pobiegla w moje ślady, czyli przebiegła piątkę w kolejnej edycji Irenycośtam, a we wrześniu dała radę dyszkę z palcem w nosie. Spotkalyśmy się w gronie onkologicznym (hehe, my Moderatorzy), przy czym Pola zaciągnęła nas do sklepu z butami sportowymi gdzie wyprzedaż podobno była. Ta, na moich oczach narodziła się kolejna maniaczka.

12 Poznań Maraton. Moja wielka porażka. Od miesiąca nie zaglądam na blogi biegackie, zrobię to dopiero dzisiaj wieczorem, bo mnie zwyczajnie ściska w gardle. Sciskało mnie gdy jechałam tramwajem na start maratonu, by dopingować biegaczy. Pokręciłam się, pokibicowałam, powdychałam atmosferę i... nie podobało mi się. Kurczę, gdzie ten doping? Czułam na sobie spojrzenia typu - czego sie drzesz wariatko w średnim wieku! Ustawiłam się obok takiej krzyczącej młodszej, myślałam, że pokrzyczymy dalej, ale ona zwyczajnie mnie ignorowała. Czyzbysmy nadal byli sztywniackimi introwertykami?

Kompletnym zaprzeczeniem tej tezy są komentarze pod moim wpisem tutaj. Gdybym wiedziała, to bym jakąś kiecę senegalską wdziała na siebie celem rozpoznania i pogadania. Kolejne sympatyczne wpomnienie dotyczyć będzie dziennikarki Justyny, prowadzącej akcję Maraton Kobiet Poznan 2011. Zywiołowa, wesoła, optymistyczna, ten typ, co to lubi cały świat. Justyno, bardzo miło było się z Tobą spotkać.

A co będzie dalej z moim bieganiem? Kiepsko jest. Scięgna ok, ale stawy puchną, biodra bolą, czasem nawet kolana, przeguby rak i łokcie. Leukocyty dostały pewnie kręćka po chemioterapii i zaczęły podgryzać mi stawy. Pobadam się na tę okoliczność, bo chciałabym wiedzieć, czy jeszcze będę mogła biegać. Teraz nie ma nawet mowy o dluższych spacerach. Rdzewieję więc. I bardzo się staram nie zwariować z powodu rdzy.

czwartek, 15 września 2011

Zemsta raka zza grobu

Zdaniem lekarza robiacego usg oraz ortopedy, wyhodowalam sobie chroniczne zapalenia sciegien na obu nogach. Pewnie sama jestem sobie winna, ignorujac bol, ktory pojawil sie dawno, dawno temu. Ale do licha, potraficie odroznic bol sciegna od bolu miesni?

Pojawia sie pytanie, co takiego zadalam sobie w glowie, zeby tak bardzo zamknac sie na sygnaly plynace z wlasnego ciala. Proste rownania: biegam = nie mam raka i wiecej biegam = wiecej nie mam raka, jednak sie nie sprawdzily. Trzeba bylo po drodze dodac kilka waznych danych, by ostatecznie otrzymac wynik: nie ma raka = nie biegam. Trzy tygodnie!!! odpoczynku, potem dwa tygodnie powolny marsz, rozciaganie i trucht w miejscu (!!!), a potem zaczynam od - powolnych trzech kilometrow!!!
A maraton za miesiac. I nie przesuna go dla mnie.

Bardzo duzo kosztowalo mnie pogodzenie sie z faktem, ze go nie przebiegne. Ostatecznie nie decyzja lekarza mnie przekonala, ale fakt, ze noga nadal boli, ciagnie do kolana, do piety, stawiajac stope mam wrazenie, jakby mi sie zaraz miala cala kostka rozjechac; ciagnie w gore do posladka.

Zaluje. To byl wazny cel na ten rok. Balam sie wlasnej niemocy, lenistwa, ze zabraknie mi silnej woli by wypelniac plan treningowy, ale tej opcji nie przewidzialam. Ze sie tak latwo przetrenuje. I ze dokucza mi nie miesnie, nie kosci, ale sciegna.

wtorek, 6 września 2011

ortopedysta

Zdaniem taty Marciochy, rowniez lekarza, ortopeda jest JESZCZE GORSZY od chirurga. Bo chirurg wycina a ortopeda rabie (Marciosz, to tak bylo?). Zdaniem trenera Artura zwykly ortopeda, nie sportowy, moze w przypadku urazu czysto sportowego po prostu sobie nie poradzic.

Przysfoiwszy powyzsze prawdy, ktore srednio przyjaznie nastroily mnie do "specjalisty", zaraz na progu gabinetu zaatakowalam - a ma pan doswiadczenie w leczeniu problemow sportowcow? Rezolutnie odparowal pytaniem, - co pani ma na mysli mowiac - doswiadczenie?

Lekarz jak lekarz, wizyta jak wizyta, trzeba poglebic diagnostyke - pojutrze, no moze sie wcisne na jutro, ale nie sadze - usg uda, kolana i piety. Podejrzewa stluczenie piety.


Bardzo zaluje, ze od pol roku albo i dluzej wszystkim wokol cwierkole o bieganiu i o maratonie. Znajome Toubaby wrocily z wakacji (pamietacie, pisalam kiedys, ze Bialasy uciakaja z Senegalu przed pora deszczowa), a ze to francuskie Toubaby, wiec dyplomatycznie grzeczne i mile, po slowach powitania pierwsze pytania oczywiscie kieruja w okolice hobby/wakacji/dzieci rozmowcy. Czyli - no kiedy biegniesz? albo - jak forma?

Dlugo bede te, nomen omen, zabe przelykac.
Albo wiem - skasuje wszystkie posty o bieganiu. Rech, rech, rech.

niedziela, 4 września 2011

The end

Nie mam co czekac na cud. Nie przestanie bolec.
Jak z rakiem, diagnoze postawilam sobie sama - zespol pasma biodrowo - piszczelowego. I to taki porzadnie zaawansowany. Boli zewnetrzna czesc uda, cos tam ciagnie w kolanie i haczy swa wstretna macke o piete.

Czytam na bieganiu i dochodze do wniosku, ze sama sobie na to zapracowalam. Ignorowalam bol piety i bioder, ktory pojawil mi sie po tym beznadziejnie debilnym lazeniu z kijkami z szybkoscia 7km/h (Graziano, udusze Cie, jak mi za tydzien wyslesz sms z kolejnym zaproszeniem na niedzielne chodzenie).
Ignorowalam bol zewnetrznej czesci uda i "srubek", bo... bo mnie od dwoch lat ciagle cos boli i przyzwyczailam sie, ze trzeba wstac, pracowac, zyc, no i biegac, mimo bolu; ze nie nalezy sie nad soba roztkliwiac.
Urocze trzeszczenie i chrupanie podczas krecenia prawa kostka w spoczynku, bardzo mnie i meza rozsmieszalo. Przez kilka dobrych miesiecy. To tez ignorowalam. A byla to zapowiedz nadchodzacej, nadbiegajacej raczej, katastrofy.
No i jeszcze cos - w Dakarze sa 3 rodzaje podloza: gruz, asfalt i beton. Biegalam po asfalcie, czyli po jezdni. Zawsze dla bezpieczenstwa "pod prad", czyli po lewej stronie drogi. Moja lewa noga byla tym samym obciazona przez dodatkowe nachylenie. Minimum 40 km tygodniowo lewa noga nizej od prawej.

Czyj organizm by to wytrzymal?

Odstawiam profenid i myolastan i czekam, co bedzie dalej. Sprobuje namierzyc jutro jakiegos ortopede.

sobota, 3 września 2011

Ostatnia szansa czyli cudotworca lecz wcale nie marabut

Wieki cale nie pisalam o bieganiu. Bo nie ma o czym. Nie ma biegania, nie ma pisania i pewnie nie bedzie maratonu. :( Dwa tygodnie odpoczywalam, tydzien udawalam, ze trenuje - po polgodzinnych truchtaniach wracalam do domu z noga prawie sparalizowana z bolu. Dzis dalam sobie ostatnia szanse - etiopata, zwany przez Hankeskakanke cudotworca. Powyginal mna, pokrecil, ponaciagal. Chrupalo, trzaskalo, nie powiem - ucisk w okolicach krzyza puscil, ale noga nadal boli. Podobno mialam zablokowane L3 i L4 i nerw ktory tam sie zaczyna i konczy nad pieta (wcale nie kulszowy, jakis inny), podobno ma przestac bolec w ciagu dwoch dni. Zatem - czekam do poniedzialku.

Bez biegania staje sie wredna malpa. Cud, ze na dzisiajszych zakupach szkolnych obylo sie bez rozlewu krwi.

Nie zagladam tez na biegowe blogi, bo mi sie zal robi. Szlag niech to. Tylko prosze mnie nie pocieszac, ze nie ten maraton to inny bedzie. Nie bedzie. Osteoporoza i zwyrodnienia galopuja jak szalone, nie pozwalajac zapomniec, ze terapia ktora przeszlam byla radykalnie radykalna. Wiec albo teraz albo nigdy.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Przerwa

w bieganiu do czwartku albo i piatku.
Trener upomnial, ze glupota bylo samo wyjscie na trening, ze czujac bol nie powinnam biegac. Ech :(

Zla jestem i rozzalona. Bo czuje moc i sile, miesnie nie sa przemeczone, tylko ta noga, ech :( Po polgodzinie zaczynam czuc piete, po kolejnych dwudziestyu minutach sciagacz od skarpetki zaczyna zaciskac sie jak zelazna obrecz, srubka w biodrze zaciera sie jakby zardzewiala, a szpilka w kosci krzyzowej kluje coraz silniej. Moja lewa, zbuntowana noga.

Tegoroczne wakacje to sprawdzian mojej elastycznosci. Wobec zmiany planow. Na poczatku czerwca zrobilam sobie taka piekna rozpiske dotyczaca pracy, wakacji, wyjazdow wekendowych, prac robotnikow na tarasie (kafelki i budowa werandy), przyjmowania kuzynostwa dzieci i organizowania im wyjsc na basen, plaze i dostarczania innych rozrywek. Wszystko, ale to totalnie wszystko wzielo w leb. I zyje z dnia na dzien. Moze przyjda robotnicy, moze uda sie pracowo ogarnac plan na przedwczoraj, a jesli tak, to moze zawioze dzieciaki na basen. Nie lubie, oj jak ja tego nie lubie. Popadam w czarna dziure i nikt mnie tu nie rozumie. Bo tutaj tak jest, to Afryka - slysze od wszystkich wokol, gdy probuje sie wyzalic. I zaraz - wiesz co, te twoje problemy, to zadne problemy.
No nie wiem.
Powinnam moze mieszkac w Szwajcarii.


sobota, 13 sierpnia 2011

W Dakarze gwiazdy nie spadaly

Coraz trudniej jest mi wypelniac plan terningowy. Biegac mozna albo wczesnie rano, albo wieczorem, w ciagu dnia upal i wilgotnosc zwalaja czlowieka z nog. Z tym wieksza przyjemnoscia zdecydowalam sie dolaczyc do grupy moich ulubionych chodzacych/biegajacych, ktorzy w nocy z piatku na sobote zorganizowali marsz po pieciokilometrowej petli. Bylo przesympatycznie. Opowiesciom o wakacjach, planach na kolejny rok szkolny, dzieciach, no i oczywiscie o planach sportowych, nie bylo konca. Wypatrywalismy przy okazji tych spadajacyh gwiazd, ale poza corka prezydenta, ktora razem z ochroniarzem brala udzial w marszu, nie wypatrzylismy zadnej. Wrocilam do domu o polnocy.

Zrobilam petelke pieciokilometrowa z kijkami, pozniej zlozylam je i odbylam obowiazkowy, 3 w tym tygodniu trening - godzinka wolno + 5 interwalow. Niby bieglo mi sie calkiem dobrze, ale dzis musze przyznac, ze moje cialko sie buntuje. To ostatni tydzien intensywnego trenowania, przyszly tydzien ma byc juz lzejszy, licze na odpoczynek, bo odnosze wrazenie, ze jets na granicy kontuzji. Jednak zanim zwolnie tempo i intensywnosc, czeka mnie jutro ostatni w tym tygodniu trening - wolno 120 minut. I szczerze wyznaje juz przed, ze nie wiem, czy dam rade.

Musze sie tu pozalic. Bo boli. Cos podobnego dopadlo chyba kiedys Hanke - bolaca pieta "pociagnelä"w gore i boli teraz lewe biodro, pupa, ciagnie az do kosci krzyzowej w ktora ktos zlosliwie wbija mi szpileczki. Pieknie to sobie wytlumaczylam: oszczedzajac pobolujaca od trzech miesiecy stope, dokladniej piete i sciegno, nie odbijam sie dostatecznie mocno stopa, lecz raczej "ciagne" ja "z biodra"...hm, ciekawe czy ktos z Was zrozumial co mam na mysli. Zmeczona i rozwalona psychicznie (znow trema, czy dam rade przebiec ten maraton?) zrobilam sobie dzisiaj dzien lozkowy. Zazylam przeciwbolowe cholerstwo rozkurczajace miesnie (myolostan, przez kilka godzin jestem po nim jak rosinka), wcieralam zel cliptol i kazalam Slubnemu sie pomodlic. Jutro 6 rano - to samo miejsce co wczoraj. Wolno i dlugo. Zdam relacje czy dalam rade.

Uzupelniajac poprzedni wpis. Dieciaki przeszkolilismy. Ale cala akcja nie byla tak grozna, jakby sie moglo wydawac. Drobne kradzieze sa tutaj na porzadku dziennym, lecz rozboje, zabojstwa, zachowania przemocowe wobec dzieci, ciagle jeszcze naleza do rzadkich przypadkow. Inch Allah.

środa, 27 lipca 2011

Len

Ojejunciujejunciujejunciu
musze isc pobiegac. Plan na dzisiaj: 10 minut spokojnej gimnastyki + 40 minut spokojnego biegu + 20 minut krossu i gimnastyka rozciagajaca.
Jest juz ciemno, nie moge jechac na bulwa, musze biegac na dzielni, wrod luda, samochodow i koni. Nie chce mi sie strasznie. Ale jesli nie pojde, bedzie mnie sumienie uwierac (albo raczej ambicja).
Ide

Nie poszlam. Pradu nie ma, ulice nie oswietlone. Przenosze na jutro na 6 rano.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Kosmiczne zadowolenie

Zwiekszam dawke treningow w tygodniu z trzech do czterech. Brak konsekwencji w stosunku do przedostatniego wpisu jest tylko pozorny. Bo wiecej treningow oznacza mniejsza ich intensywnosc wysilkowa. Tak mi sie przynajmniej wydaje.

W ubieglym tygodniu krotkie dystanse biegalo mi sie zle. Wybralam sobie trase z dlugim, poltorakilomatrowym podbiegiem i chyba to mnie tak meczylo. W srode po 20 minutach wpadl mi kamyszek do buta, i cale szczescie, mialam przynajmniej wymowke, by sie zatrzymac. W piatek natknelam sie na miszczu - Djibi, maratonczyk, ktory wygrywa wszystkie dlugie biegiw Dakar i okolicy w kategorii powyzej 40 lat. Powspominal maraton w Krakowie - jak swietnie zorganizowany, jakie piekne miasto, a ludzie jacy sympatyczni, tak, tak, z zadnym objawem rasizmu sie nie spotkal. No wiec pogawedzilam sobie z nim tak z trzy minutki i odpoczelam tak gruntownie, ze kolejne pol godziny przebieglam leciutko jak ta baletnica.

Ale to, co sie dzialo w niedziele, to przechodzi ludzkie pojecie. Zeby wybiegac norme tygodniowa nastawilam budzik na 6 rano. Wylaczylam go i przewrocilam sie na drugi bok, z postanowieniem - pobiegam wieczorem. A wieczorem bylo pozegnalne przyjecie u kolezanki. Z winem, szampanem i wszelkimi szykanami. Ale sie zawzielam w sobie - zapakowalam ciuchy biegackie do torby, wypilam zaledwie pol kelyszka szampana (snif), jadlam malo (snif snif) i o 19.30 dalam znak rodzinie - spadamy. Rozdzielilismy sie w centrum, przy lodziarni i pooooognalam - przez ciemny bulwar nadmorski. Troche mialam pietra, maz sie pukal w czolo (niedlugo mu tam sie taki znaczek zrobi), ale przyznaje - czulam fajne podniecenie. Mialam do przebiegniecia 80 minut. Bieglam i bieglam i bieglam, az dobieglam do domu. Niesamowite to bylo, zadyszki nawet nie dostalam.

Na mapce widac moja trase, superasna, chech, a gdyby tak obiec caly Dakar wokol? Pewnie by sie dalo. Tam jest taka petelka, ale ona sie nie liczy, to nabazgralam wczesniej moja 35minutowa trase i sie nie dalo wymazac.

Tak mi bylo fajnie po tym niedzielnym biegu, ze poprosilam trenera o dodatkowy, czwarty trening. No i mam. Za swoje.

środa, 20 lipca 2011

Rozne odcienie rozowosci

Po leczeniu mialam na nosie rozowe okulary. Przez okolo rok. To zreszta widac i czuc na wpisach blogowych z tamtego czasu. To byl chyba najszczesliwszy czas w moim zyciu.

Teraz jest ... pusto. Rozowosc zaszla szaroscia lekko. Czasami sie przebija, najczesciej sama musze sie jej dopatrywac. I nie wiem czy ona tam jest, czy tak bardzo chce ja widziec, a moze chce, zeby inni mysleli ze ona tam jest. Tak, teraz o szczescie musze sie bic, starac sie, czasem udawac sama przed soba, ze je osiagnelam.

Ide jutro na kontrole. Wiem, ze wsz dobrze, mam wyniki w garsci i na papierze. Zawalcze o jakosc zycia, podyskutuje o swoim cialku. Bo niestety staje sie jasne, ze bieganie nie jest tym, co zmalretowane cialo lubi. Glowa owszem. Ale nie cialo. Nad ranem budzi mnie coraz silniejszy bol srubek w biodrach - zwyrodnienie stawu, w ciagu dnia dokucza prawe biodro - odzywa sie uszkodzony trzy lata temu nerw kulszowy, po 30 minutach biegu lewa kostka zaczyna pobolewac, a wieczorem bola mnie plecy, ramiona, kosci wszelakie - pewnie efekt menopauzy. Jak powiedziala znajoma reumatolozka, ten symptom/choroba nazywa sie SKS. Wiecie co to?

Pobiegne ten maraton, nie opuszcze. Wyciagne od doca recepte na przeciwbolowe piguleczki i masci i dam rade. Ale pewnie to bedzie pierwszy i ostatni raz.
Chlip.
Powoli czas zaczac myslec o nowym wyzwaniu i pasji.
Tlko nie kazcie mi szydelkowac (zaproponowala mi to Pani Sprzatajaca).

czwartek, 7 lipca 2011

Bzdety pisane po polnocy

Sa takie dni, kiedy wszystko wpienia, bo wszystko idzie nie tak jak trza.
Terminy sie obsuwaja, dostawcy znajduja milion wymowek na obsuwy, a czek bedacy jedynym zywicielem rodziny w tym tygodniu ma podpis podpadajacy pani w okienku "ze ta laseczka i ten ogonek sa inne niz w speciment", a pani w okienku bynajmniej nie ma jakiejs supersofistyke technologii na ocenianie autentycznosci podpisu, tylko se na oko ocenia; kiedys taka pania przewleke przez to okienko bankowe na zewnatrz, a otworek maluski, ale pocwicze jeszcze z hantelkami na rece i dam rade. Bedziecie mi potem paczki wysylac od aresztu w Dakar. Prawda ze bedziecie??? Wrrrrrrrrrrr

Sorry za te frankofinizmy, alezem zmeczona. No i przynajmniej wicie jak Aniaha parla na codzien. Wiem, straszne to.

Cos jesze chcialam napisac. A, ze biegalo mi sie znow super. Z mieszanka jak ostatnio, kisiel postanowilam wyprobowac dopiero na 70 minutowym bieganiu w wekendzik. Nawdychalam sie dzies spalin niemilosiernie, troche mnie to martwi; mialam wizje komorek nowotworowych odradzajacych sie jak ten feniks na skutek wdychanego gowna. Ale co tam, niedlugo kontrola i badanie krwi. Alez to zlecialo - jeknal dzisiaj Dr Kasse wypisujac skierowani na badania. Wlasnie, zlecialo...

Czuje pewien dyskomfort. Pracuje z wlasnym ginekologiem. Zmienic prace czy zmienic ginekologa?

wtorek, 5 lipca 2011

Powrot mocy

W ubieglym tygodniu biegalo mi sie koszmarnie. Polamentowalam o tym troche na Maratonie Kobiet, kto chce, niech tu poczyta. Trener Kujawinski poradzil, dziewczyny z druzyny gazetowej tez. Pola jak zawsze przeszla sama siebie i znalazla takie oto rewelacje.
woda z sola cytryna i miodem oraz plynny kisiel

Dzisiaj biegalam 50 minut o 20.30; pora bardzo odpowiednia, upal mniejszy, slonce nie trzaska po glowie. Bieglam z butelka, pociagajc co 7 minut mieszanke wody, miodu, cytryny i szczypty soli. Bieglam sama, wiec z szybkoscia slimacza. I... bieglo mi sie CUDOWNIE!!! Dawno nie czulam tej lekkosci w nogach i czystej przyjemnosci z biegania. Znalazlam nawet sily, by przyspieszyc na ostatanie 5 minut, a po zakonczeniu biegu zaro zadyszki.

W czwartek wyprobuje plynny kisiel. Polu, jetes wielka!!!

środa, 22 czerwca 2011

Mila wartosc dodana do biegania

Dostalam dzisiaj bardzo milego maila. Od pewnej emigrantki, ktora moja historia popchnela ku bieganiu. Buty biegowe staly juz w szafie i czekaly od dwoch lat, na taka wlasnie mala inspiracje. Na taki drobiazg, kiedy gdzies cos przeczytamy, gdzies cos zobaczymy, ktos nam cos opowie i ... zaczyna sie dalej samo dziac.

Marta emigratka biega juz od pol roku. Z duzymi sukcesami, skoro zrzucila juz 8 kilo, a za chwile dojdzie do biegu ciaglego na 10 km. Nie mysli jeszcze o zawodach i maratonach, ale to tylko kwesta czasu, jestem o tym przekona.

Marto, bardzo Ci dziekuje za maila. W Twoim bieganiu zasluga moja zadna, tak jak napisalam - przypadek, drobiazdzek. Ale to bardzo mile, ze napisalas, bardzo. Dziekuje Ci raz jeszcze, bo Twoje slowa takze dla mnie sa natchnieniem, bo jakos ostatnio mi sie nie chce i potrzebowalam chyba wlasnie takiego motywatora. Twojego i Poli.

Co do biegowej sprawozdawczosci; odpoczelam sobie trzy dni po przewrotce, dzisiaj musialam wznowic treningi by wyrobic norme nakreslona przez Artura (45 min, 35 min, 50 min) na ten tydzien. Poszlo jako tako, sciegno sie uspokoilo, tylko pod koniec bolala mnie pieta, w miejscu, ktore najbardziej cierpialo podczas forsownego marszu. Podjelam wiec decyzje - rezygnuje z maratonu pieszego, ktory sie odbedzie w Dakarze w najblizsza sobote. Rezygdnuje z duzym smutkiem, ale coz, takie decyzje tez trzeba czasem podjac.

sobota, 18 czerwca 2011

Tydzien pierwszy, czyli niegrzeczna dziewczynka

Na blogu gazetowym opisujemy swoje przygotowania i dostajemy wytyczne od trenera Artura Kujawinskiego. Ja chyba przez pomylke zostalam zaliczona do grupy lekko zawanasowanej, heh. W ubieglym tygodniu mialam biegac dwa razy po 6 kim i raz 8. Wszystko w wolnym tempie. Troche sobie pozmienialam i teraz cierpie.

Ponizej wklejam relacje, na wypadek, gdybyscie chcieli ja ominac i nie klikneli linka :P
Hehe, fajnie jest miec bloga - przestrzen do glaskania wlasnego zasmeconego ego :D


Słuchacie się trenera? Tak, tak, ja oczywiście też, odbyłam trzy treningi, tylko je troche zmodyfikowałam. Pierwsza zmiana - nie mam kilometromierza, wiec postanowiłam biegać moje sześć i osiem kilometrów na czas, czyli na oko 40 i 50 minut. W srode rzeczywiscie pobiegalam 40 minut. Druga zmiana - z drugiej czterdziestominutówki w piatek zrobila sie godzina, bo biegałam z przyjaciółmi, a tyle wlaśnie biegamy w piątek. A z sobotniej pięcdziesieciominutówki zrobilo się nie-wiadomo-co, o czym za chwile.


Dzisiaj - sobota - od poczatku zapowiedzialam wszystkim - biegam tylko poltorej godziny. Po pieciusetmetrach potknelam sie o kamien (bylo jeszcze ciemno, ruszylismy przed 6) i rymsnelam jak dluga. Wstalam, otrzepalam sie i ruszylam dalej. Po kolejnych pieciuset uswiadomilam sobie, ze boli mnie lydka, chyba achilles, ta partia tuz nad pieta. Po 5 kilometrach krotka przerwa i juz wiem, ze z dzisiajszego treningu nici. Kolejna przerwa po dwoch i jeszcze jedna znow po dwoch, reszte dysnansu przeszlam. Teraz zachodze w glowe, czy boli mnie od upadku czy od biegania; musze przyznac, ze czulam lekkie napiecie w lydkach (ale w ich gornej, tylnej czescie) od niedzieli, kiedy to z grupa chodzacych z kijkami przeszlam 36 kilometrow. Bylo to dosc niemile sportowe doswiadczenie. Na usprawiedliwienie dodam, ze wszystko było poprzedzone gimnastyka, zakończone rozciaganiem i w baaardzo wolnym tempie - mogłyśmy gadać (czytaj obgadać bardzo wiele ważnych spraw).


Bardzo zgrzeszyłam? Chciałam dorzucić słówko o bieganiu w upale. Czy trening w wysokich temperaturach liczy się podwójnie? Bo jakby co, to ja mogę wprowadzić koleje modyfikacje i biegać połowę czasu....


A tak na serio, to chyba przyjdzie mi powrócić do samotnego biegania. Od kiedy zarzuciłam bieganie w pojedynke, zabawy biegowe - od tej palmy szybciej, od tamtej wolniej, oraz przestałam chodzić na treningi na stadionie, nie robie postepow. Zyskało co prawda moje życie towarzysko/spoleczne, bo biegam z super babkami. Moze jednak uda mi sie wpaswac choc jeden trening do naszego wspólnego joggingowania.


A teraz poslusznie czekam na kare.


środa, 15 czerwca 2011

Wrocilam

To oczywiscie metafora, nigdzie nie podrozowalam, po prostu wrocilam do mojego bloga. Wreszcie zdobylam autonomie komputerowa i internetowa, pod postacia laptopa z barrrrrrdzo dobra bateria i neta z powietrza (na wypadek przerw w dostawach sami-wiecie-czego).

Raportuje najpierw bieganie. To bedzie chyba jeden z ostatnich wpisow z tym stylu, bo z pisaniem o bieganiu przenosze sie tu - Maraton kobiet - blog 12 kobiet przygotowujacych sie pod okiem poznanskiej GW i trenera Kujawinskiego do poznanskiego maratonu w pazdzierniku. Zglosilam sie i zostalam wybrana, nie ma wiec zmiluj sie, musze pobiec i juz.

Jak kazda zawodniczka timu gazetowego dostalam plan tygodniowy. Dwa razy w tygodniu po 6 kilometrow poprzdzone rozgrzewka i zakonczone rozciaganiem. Poniedzialek i wtorek odpoczywalam po niedzielnym chodzeniu z kijkami- 36 kilometrow!!! Dzisiaj rano wybralam sie na poranne bieganie, ciezko bedzie - o 6 rano jest juz cieplo i wilgotno. Jestesmy wlasnie u progu pory deszczowej i czekamy na pierwszy deszcz. Pierwszy deszcz rodzi sie w wielkich bolach - czasami tygodniami zbieraja sie chmury, klebia i kotluja i ... d..a, w Europie dawno bylaby ulewa z tych chmur a tutaj zero. I kolejny dzien upalu, chmur i ciezkiego, wilgotnego powietrza. Czekamy dalej.

Mam spodniczke biegowa. Nigdy nie chodzilam w mini, dlugosc i ksztalt nog mi na to nie pozwalaly, ale spodniczke polubilam od razu. Jest wygodna i przewiewna. Ma super kieszonke na tyleczku na klucze i komorke. No i ta kieszonka powoli staje sie moim koszmarem. Tydzien temu zaraz po bieganiu wpakowalam ciuchy do pralki razem... z komorka. Dzisiaj rano zapiecie sie zacielo i nie moglam wyciagnac telefonu, na ktory usilnie probowalo sie dodzwonic moje dziecie. Biegalam wiec tak z dzwoniacym kuprem.


W poprzednim wpisie dalam zdjecie dr Kase, jakos nie komentujecie, pewnie inaczej sobie wyobrazaliscie. Zdjecie faktycznie nie najlepsze, zapewniam wiec, ze ja nie mam wytrzeszczu oczu, a docowi usta sie domykaja.
Ech, brakowalo mi tej pisaniny.

niedziela, 22 maja 2011

I znów na sportowo

Wstałam dzisiaj o 5 rano. Wczoraj tez. Ale wczoraj była sobota, a dzisiaj jest niedziela, róznica zasadnicza. Wstałam więc w niedzielę, zeby się samookaleczać, czyli bez przymusu i szantazu przejść 30 kilometrów w średnim tempie 6 na ha. Pogięło mnie totalnie. Z ręką na sercu - było dużo łatwiej niż ubiegłotygodniowe 25 kilo, co oczywiście nie znaczy, że było lekko. Boli mnie to co zawsze, czyli tyłek i śrubki w bioderkach.

Po przyjściu do domu padłam. Pan Ha stając nad garami kręcił tylko głową, co za dom - żona się ulatnia w niedzielę, mąż robi dzieciom śniadanie i obiad - bręczał. Chce mnie wpędzić w poczucie winy. Nie uda mu się. Po obiedzie zasiadłam do kompa i pokazałam ukochanemu i dzieciom: gdzie szliśmy, z kim, ile kilometrów nachodziliśmy i co widzieliśmy. Średnia jest dość usportowionym dzieckiem, więc oczy jej iskrzą i chyba rozumie, że ja muszę, że po prostu muszę.

Jest jeszcze aspekt społeczny tego mojego łażenia i wolnego sobotniego biegania. Poznaję ciągle nowych ludzi, ich opinie na różne ciekawe tematy. Dyskutujemy, opowiadamy, poznajemy (ja przy okazji poznaję nowe francuskie słówka, memłam je w pamięci i po powrocie sprawdzam w słowniku).


Gdy jako tako doszłam do siebie i zjadłam bardzo smaczny obiadek (makaron z sosem warzywno - mięsnym; kocham Cię mój mężu, tylko Ty robisz takie wspaniałe obiadki w niedzielę), zasiadłam do oglądania Dr Hausa. Wtręt - po francuskich reklamach poznaję, że się gorąco zrobiło w Jewropie - same reklamy lodów. Jak zawsze niewiele zrozumiałam z filmu, a oglądanie białych fartuchów przypomniało mi, ze trza sie przygotować do jutrzejszego szkolenia - Dr Kocur będzie jutro szkolił studentów szkoły pielęgniarskiej z raka szyjki macicy, o czym będzie można dowiedzieć się za kilka dni z bloga projektowego.

niedziela, 15 maja 2011

O poranku w niedzielę

Moje maratońskie zapały dostały dzisiaj kubeł zimnej wody. W ramach przygotowań do maratonu pieszego przeszłam dzisiaj 25 kilometrów w około 3 i pół godziny. Jestem tak zmeczona, że nie chce mi się robić wyliczeń, w jakim tempie szliśmy po odjęciu wszystkich przystanków. Ostatnie dwa kilometry znów pokonałam biegiem, bo biodra nawalały i domagały się zmiany ergonomiki ruchu. Po powrocie do domu wtarłam w nie żel Clipol, działa cudownie przeciwbólowo i chłodząco. Z innych doznań: 1 - jeszcze godzinę po marszu czułam ciepło w kolanach, 2 - znów porobiły mi się bąble na wewnętrznych stronach pięt, 3 - bolą mnie mięsnie długłowe ud (o ile uda takie mają), mocno, nawet przy lekkim dotyku.
Mam więc namiastkę wyobrażenia, jak się człowiek musi czuć po przebiegnięciu/przejściu maratonu.

Pozwolę sobie jeszcze dorzucić głos w sprawie odchudzania. Nie wiem jak ludziom udaje się schudnąć uprawiając intensywnie sport. Po dzisiejszym "spacerku" zjadłam dwa domowe hamburgery, jeden na obiad, drugi na kolację, i cała furę niezdrowego, rakowego żarcia, które zostało po wczorajszych urodzinach Średniej: pop corn, ciasto, orzeszki, nawet jakieś resztki chipsów. Pisząc te słowa popijam mrożoną kawę, w której pływa ogromna porcja lodów (śmietany juz nie dałabym rady). A ważąc się ostatnio doszłam do wniosku, że koniec z bezkarnością jedzeniową. Dobijam do 52 kilo i wystarczy, więcej już nie chcę.

Sukcesem dzisiejszego dnia był debiut pana Ha w marszach przełajowych "chodzimy po Dakarze". Nie przeszedł ze mną całych 25 kilo, dobił do nas mniej więcej w 2/3 drogi, gdy przechodziliśmy obok naszego domu, potem chwalił się dzieciom, że przeszedł połowę. A niech mu będzie.

sobota, 14 maja 2011

O poranku

Poranne bieganie bardzo mi służy. Wczesne pójście spać, dość głęboki sen, co w przypadku przedwczesnej i sztucznej menopauzy jest rzadkością, pobudka o 5 rano; trochę jak w wojsku. Albo zakonie. Ale bieganie tego właśnie wymaga - samodyscypliny i uregulowanego trybu życia. Ponieważ emocje trochę mną rzucają i mam bajzel w głowie (określenie baj Marciocha), na tym etapie element porządkujący bardzo mi odpowiada. Dzisiaj dwie godziny podbiegów pod latarnię na Mammel. Fajnie.

Jutro marsz - 22 kilometry, bo udało mi się przekonać pana Ha. No i zapisałam się na maraton marszem w czerwcu. Przejdziemy od Dakaru do Różeowego Jeziora.

Gdy w lutym zaczynałam moje ranne bieganie, słońce wschodziło krótko przed 7 rano z brutalnością znaną tylko z tropików: do 7.45 ciemno, o 7.55 jasno; i to wszystko; żadnego przedświtu, jutrzenki. Tu gdzie jestem długość dnia prawie równa się nocy, z małą przewagą na korzyść dnia latem - świt wita nas teraz podczas biegania około 6.20. Biegłam w górę było ciemno, zbiegam w dół, jest już jasno. A jak jeszcze jesteśmy przy tematach pogodowych, dodam z ulgą, że pogoda nas rozpieszcza w tym roku. Połowa maja, a w Dakarze nadal przyjemnie chlodnawe noce, można spać bez klimy i wentylatora.

Blogger u mnie tez wariuje, znikneły na kilka godzin wszystkie kopie moich postów, kóre normalnie zachowane są w "edytuj posty". Brrrr, obleciała mnie gęsia skórka na myśl, że mój pamiętniczek miałby zniknąć. Może jednak kopie zapisaywać w dokumentach. Albo gdzies. Tylko gdzie? O, i etykiety poznikały. Ratuj się kto może....

wtorek, 10 maja 2011

Biegowo i marszowo

Dziewczyny z grupy biegowej IAM Team oraz Graziano, ktorzy przytulili mnie na dwa treningi w tygodniu, powoli zblizaja sie do swojego startu, czyli do stowy w Passatore. Trenuja prawie codziennie. Przygladam im sie i... moze nieladnie to brzmi, ale probuje wyciagnac nauki z ich doswiadczen i nie popelniac ich bledow. Bo np unikają klasycznej rozgrzewki, tylko rozgrzewaja sie w biegu, robiac pierwsze dwadziscia minut powoli. Niby tak tez jest dobrze, ale gdy w ostatnia srode ruszylismy po takiej wlasnie rozgrzece do kilometrowki w tempie 12/h (ja odpuscilam po pierwszej), po trzeciej I. wysiadlo kolano, G. poczul bol w udzie. Cos tam zaczelam gdakac, ze nie tak sie powinno, ale na mnie lypnela M; nie dziwie sie – moje doswiadczenie przy ich - zadne. Baknelam tylko na usprawieliwienie – bo w Polsce taki boom teraz na bieganie i wszedzie tak trabia o tej rozgrzewce. Podobnie zreszta z rozciaganiem – tylko ja po biegu rozciagam, co tam Staszewski kaze.


W ubiegłym tygodniu odzyskałam buty i podleczyłam otarcia. Z moim zdaniem, że paznokieć tragicznie nie wygląda, nie chce się zgodzić doc. - Jak Ci zacznie odchodzić i dostaną się bakterie to zobaczysz - straszy. Mam nadzieję, że paznokieć nie zacznie się odklejać juz teraz, bo wtedy trzeba bedzie go zdjąć, a to oznacza dłuższą przerwę w bieganiu. Za głupotę trzeba płacić. I to dosłownie, bo mój ubezpieczyciel tak nam podniósł stawkę (pewnie z powodu mojej choroby), że musieliśmy się pożegnać. Z nowym już umowę podpisaliśmy, ale ubezpieczenie obejmie nas dopiero od Dnia Dziecka. Paznokieć musi w maju zostać więc na swoim miejscu, a rożne inne przypadłości wstrzymać się z atakiem na Rodzinę Ha.

Podleczylam jedne, nabawiłam się nowych. W sobote mieliśmy wybieganie - dwie i pol godziny, z czego dwie godziny dziesięć razy w góre i w dół, po 850 metrów na latarnię Mammel. Wyszedł mi prawie półmaraton! Górka tym razem dała mi się we znaki i resztę soboty masowałam sobie cztery litery. Ale było warto. Dobiegając do szczytu i robiąc nawrót patrzyłam z góry raz na Dakar, raz na ocean i wszystko, wszystko w moim życiu wydawało mi się możliwe do zdobycia i zrealizowania.

W niedzielę dałam się namówić na chodzenie. Spowodowało to niestety znaczne ochłodzenie rodzinnej atmosfery na resztę dnia, bo opuściłam moją Rodzinkę i poszłam "spędzać czas z tymi oszołomami, przez które robię dwa razy w tygodniu pobudkę o 5 w nocy!". Jeśli więc nie uda mi się Monsieur Ha namówić na chodzenie ze mna, raczej zrezygnuję. Ale ten pierwszy raz był bardzo sympatyczny. Kiludziesięcioosobowa grupa chodzących z kijkami i bez; znaczną jej część stanowią też biegacze. Przeszliśmy dość żywym tempem około 17 kilometrów, rozmawiając o wszystkim i niczym, rozkoszując się wczesnym, słonecznym porankiem. Zauważyłam, że chodzenie aktywuje inne partie mieśni niż bieganie. Poznałam to po umiejscowieniu nowych pęcherzy na stopach – są tam, gdzie ich jeszcze nie miałam. Do tego podczas marszu zaczęły mnie boleć biodra, pięty, podeszwy. Ostatnie dwa kilometry były już tak uciążliwe i męczące, że musiałam je przebyć... biegiem. Marszem nie dałabym rady. Zbyt męczące.