Pola fajnie maznela o stresie. Ja tez juz mam dosyc tego pedu, w ktory sie wkrecilam ostatnio. Na nic nie mam czasu, na blogowanie tez nie i tematy od obcych sciagam. I tak jak Pola sie stresuje, ze sie stresuje...
Troche tesknie za tym stanem, kiedy podczas choroby bylam "zen". Brrrr, co ja pisze.
Ale, gdy podczas chorowania bylam tak mocno "antyrakowo" nakrecona, potrafilam sie tak wsciec na meza, ze mnie w stres wpedza, ze hoho. To dopiero swir, nie?
Nie przesadzajmy wiec tak bardzo, ze wszystkim co antyrakowe - wznosze toast coca-cola . :*:*:*
czwartek, 28 października 2010
niedziela, 24 października 2010
od diagnozy do leczenia c.d.
W srode na do widzenia dr Kocur powiedzial - to prosze zrobic analizy i zapraszam do mnie z wynikami.
Wyposazona w skierowania na badania, w czwartek z samego rana ruszylam na rezonans i badanie krwi i siku. Dwadziesciapiec minut bez ruchu pod czyms przypominajacym kolo mlynskie nie nalezalo do najprzyjemniejszych. Od trzech tygodni trudno mi bylo wytrzymac w lezeniu na plecach bez coraz silniejszych srodkow przeciwbolowych - raczysko zaczynalo wchodzic w faze zarcia. Ale dalam rade. Maz zajal sie papierologia i przepadl na dlugie godziny pertraktujac z ubezpieczycielem. W piatek odbior opisu rezonansu - gleboki wdech, kolezanka pigula sciska mnie za reke, i - stopien zaawansowania IB, guz ponizej 4 cm, nie zdazyl jeszcze zrec innych narzadow. Niezle. Nawet bardzo dobrze, biorac pod uwage, ze symptomy mialam jak w stadium III.
No to siadamy i dzwonimy do kliniki Kocura. A tam surprise!!! Sekretarka informuje nas niefrasobliwym tonem, ze doktor dzisiaj leci do USA na kongres, ale juz ZA DWA TYGODNIE wroci. No to poprosze z zastepca, innym lekarzem. Nie ma innego, prosze przyjechac za dwa tygodnie. Znow siadlam i znow zaplakalam. I tym razem maz ze mna. Zimnej krwi nie stracila koleanka pigula. Chwycila telefon, zadzwonila do kliniki Kocura i mowi - dzien dobry, dzonie z kliniki X, chcemy zaprosic dr Kocura na konsultacje. - Dr raczej nie bedzie mogl do Panstwa dzisiaj przyjechac, bo wylatuje w nocy a ma jeszcze nagly przypadek i musi operowac u siebie w klinice - sekretarce sie wymsknelo. To byla informacja, na ktora nasza przebiegla pigula tylko czyhala - biegiem do kliniki i warowac pod jego drzwiami - powiedziala.
Po drodze wszystko sobie przemyslalam i wyciagnelam wniosek, ze jednak polece sie leczyc do Polski, ale zanim to nastapi, to ich wszystkich tak ochrzanie, ze im sie francuski ze slowianskim akcentem bedzie do konca zycia w horrorach snil. Zaczelam od sekretarki. Ze jest niekompetentna, ze nieprofesjonalna, ze nie szanuje pacjentow, ze jak mogla nam tego nie powiedziec. I ze wiem, ze dr jeszcze nie wylecial, ze zaraz przyjedzie i ze ja sie spod jego gabinetu nie rusze. Oniemiala.
Dr przyjechal. Uprzedzony o calej sytuacji. Z wymuszonym usmiechem bierze mnie za reke, protekcjonalnie cedzac przez zeby - Madam Haris, widze, ze sie pani zdenerwowala - i prowadzi do gabinetu. W gabinecie siadamy na przeciw siebie. Jestem niska, on wysoki, ale jakos tak nieprzemyslanie postawili wysokie krzeslo po stronie pacjenta. 1:0 dla mnie. Maz widzac, ze mam zamiar dalej pyskowac przejmuje inicjatywe i mowi - no bo juz mamy wszystkie wyniki i list gwarancyjny ubezpieczyciela - mowi. - W dwa dni? To nadzwyczaj szybko - dr na to. 2:0 dla nas. Przeglada dokumenty i przemawia - Madam, w tym kraju jest bardzo duzo niepowaznych ludzi, ja do nich nie naleze i zapewniam, ze w tym stadium mogla pani spokojnie poczekac dwa tygodnie na moj przyjazd - no tutaj to pogral niezle. - Ale ja tego nie wiem i do pana powrotu mozemy zejsc na zawal - podnosze histerycznie glos i psuje tym samym mediatorskie wysilki mojego meza. Prawie slysze, jak dr zgrzyta zebami; a co mi tam, nie mam nic do stracenia i dalej ciagne - Ja nie wiem, kto w tym kraju powazny jest, a kto nie. Ale obiecal mi pan, ze zaczne leczenie w przyszlym tygodniu, co w zwiazku z pana wyjazdem okazuje sie niemozliwe - prowokacyjnie patrze mu w oczy. I tak sie chwile mierzymy. stajemy w rozkroku, odmierzamy kroki, jeden, dwa, trzy, no, kto pierwszy chwyci za spluwe? Chla chla, tu mnie troche ponioslo.
Mierzymy sie wzrokiem. - Powiedzialem, jak tylko przyniesie Pani wyniki - uscisla, ale ja juz wiem, ze wygralam. Dr chwyta za telefon, umawia mnie na pierwszy wlew na wtorek i pierwsze naswietlanie. Oddycham spokojniej. Teraz czas na uspokajajace gesty. -Alez z niej diablica, zawsze taka jest? - pyta mojego meza. - Moze i jestem okropna, ale za to skuteczna - odpalam.
To bylo nasze pierwsze i ostatnie starcie. Dalej bylam juz bardzo grzeczna i zdyscyplinowana pacjentka. Zawsze uprzejma i usmiechnieta. Doktor okazal sie sympatycznym facetem, chociaz protekcjonalizmu nie pozbyl sie nigdy. Ale najwazniejsze, znal sie na swojej robocie.
End.
Ciagu dalszego nie bedzie, leczenia nie warto opisywac.
Wyposazona w skierowania na badania, w czwartek z samego rana ruszylam na rezonans i badanie krwi i siku. Dwadziesciapiec minut bez ruchu pod czyms przypominajacym kolo mlynskie nie nalezalo do najprzyjemniejszych. Od trzech tygodni trudno mi bylo wytrzymac w lezeniu na plecach bez coraz silniejszych srodkow przeciwbolowych - raczysko zaczynalo wchodzic w faze zarcia. Ale dalam rade. Maz zajal sie papierologia i przepadl na dlugie godziny pertraktujac z ubezpieczycielem. W piatek odbior opisu rezonansu - gleboki wdech, kolezanka pigula sciska mnie za reke, i - stopien zaawansowania IB, guz ponizej 4 cm, nie zdazyl jeszcze zrec innych narzadow. Niezle. Nawet bardzo dobrze, biorac pod uwage, ze symptomy mialam jak w stadium III.
No to siadamy i dzwonimy do kliniki Kocura. A tam surprise!!! Sekretarka informuje nas niefrasobliwym tonem, ze doktor dzisiaj leci do USA na kongres, ale juz ZA DWA TYGODNIE wroci. No to poprosze z zastepca, innym lekarzem. Nie ma innego, prosze przyjechac za dwa tygodnie. Znow siadlam i znow zaplakalam. I tym razem maz ze mna. Zimnej krwi nie stracila koleanka pigula. Chwycila telefon, zadzwonila do kliniki Kocura i mowi - dzien dobry, dzonie z kliniki X, chcemy zaprosic dr Kocura na konsultacje. - Dr raczej nie bedzie mogl do Panstwa dzisiaj przyjechac, bo wylatuje w nocy a ma jeszcze nagly przypadek i musi operowac u siebie w klinice - sekretarce sie wymsknelo. To byla informacja, na ktora nasza przebiegla pigula tylko czyhala - biegiem do kliniki i warowac pod jego drzwiami - powiedziala.
Po drodze wszystko sobie przemyslalam i wyciagnelam wniosek, ze jednak polece sie leczyc do Polski, ale zanim to nastapi, to ich wszystkich tak ochrzanie, ze im sie francuski ze slowianskim akcentem bedzie do konca zycia w horrorach snil. Zaczelam od sekretarki. Ze jest niekompetentna, ze nieprofesjonalna, ze nie szanuje pacjentow, ze jak mogla nam tego nie powiedziec. I ze wiem, ze dr jeszcze nie wylecial, ze zaraz przyjedzie i ze ja sie spod jego gabinetu nie rusze. Oniemiala.
Dr przyjechal. Uprzedzony o calej sytuacji. Z wymuszonym usmiechem bierze mnie za reke, protekcjonalnie cedzac przez zeby - Madam Haris, widze, ze sie pani zdenerwowala - i prowadzi do gabinetu. W gabinecie siadamy na przeciw siebie. Jestem niska, on wysoki, ale jakos tak nieprzemyslanie postawili wysokie krzeslo po stronie pacjenta. 1:0 dla mnie. Maz widzac, ze mam zamiar dalej pyskowac przejmuje inicjatywe i mowi - no bo juz mamy wszystkie wyniki i list gwarancyjny ubezpieczyciela - mowi. - W dwa dni? To nadzwyczaj szybko - dr na to. 2:0 dla nas. Przeglada dokumenty i przemawia - Madam, w tym kraju jest bardzo duzo niepowaznych ludzi, ja do nich nie naleze i zapewniam, ze w tym stadium mogla pani spokojnie poczekac dwa tygodnie na moj przyjazd - no tutaj to pogral niezle. - Ale ja tego nie wiem i do pana powrotu mozemy zejsc na zawal - podnosze histerycznie glos i psuje tym samym mediatorskie wysilki mojego meza. Prawie slysze, jak dr zgrzyta zebami; a co mi tam, nie mam nic do stracenia i dalej ciagne - Ja nie wiem, kto w tym kraju powazny jest, a kto nie. Ale obiecal mi pan, ze zaczne leczenie w przyszlym tygodniu, co w zwiazku z pana wyjazdem okazuje sie niemozliwe - prowokacyjnie patrze mu w oczy. I tak sie chwile mierzymy. stajemy w rozkroku, odmierzamy kroki, jeden, dwa, trzy, no, kto pierwszy chwyci za spluwe? Chla chla, tu mnie troche ponioslo.
Mierzymy sie wzrokiem. - Powiedzialem, jak tylko przyniesie Pani wyniki - uscisla, ale ja juz wiem, ze wygralam. Dr chwyta za telefon, umawia mnie na pierwszy wlew na wtorek i pierwsze naswietlanie. Oddycham spokojniej. Teraz czas na uspokajajace gesty. -Alez z niej diablica, zawsze taka jest? - pyta mojego meza. - Moze i jestem okropna, ale za to skuteczna - odpalam.
To bylo nasze pierwsze i ostatnie starcie. Dalej bylam juz bardzo grzeczna i zdyscyplinowana pacjentka. Zawsze uprzejma i usmiechnieta. Doktor okazal sie sympatycznym facetem, chociaz protekcjonalizmu nie pozbyl sie nigdy. Ale najwazniejsze, znal sie na swojej robocie.
End.
Ciagu dalszego nie bedzie, leczenia nie warto opisywac.
sobota, 23 października 2010
Do diagnozy - c.d.
Jestem ostatnio w coraz lepszej formie fizycznej, robie plany, probuje je realizowac. Jedna noga ciegle tkwie we wspomnieniach, co w sumie nie jest jakies bardzo nieprzyjemne czy dolujace. Wspominam co bylo dokladnie przed rokiem, przy czym mam wielka ochote obgadac to jeszcze raz, z dystansem i radoscia, ze to przeszlosc. Moj Malzonek jakos nie chce o tym slyszec, dla niego to przeszlosc do ktorej nie chce wracac. Ale skoro on nie chce, to WY posluchacie :P:P:P Nie macie wyjscia.
O trudnych rozmowach z ginekolozka pisalam wczesniej. To byl tak na prawde pikus, kilka malych wymuszen na przesympatycznej pani doktor. Przede mna oczekiwania na wyniki i starcie z dr Kocurem, badz co badz, bardzo zapracowanym profesorem.
Gdy wreszcie ginekolozka dala sie namowic na biopsje (ze ona mi ja zrobi, nie ja jej oczywista) i wreczyla mi plastikowy przezroczysty sloiczek z plywajacymi w srodku kawaleczkami mnie, pognalismy z mezem do laboratorium. A tam niespodzianka - czas oczekiwania na hist-pat do trzech tygodni, bo nie robia tego na miejscu tylko wysylaja do Francji. Siadlam i zaplakalam. I plakalam tak przez tydzien. Z bezsilnosci, bo nadal oficjalnie nie mam raka, a wiem, ze go mam, i ze strachu. Snulam wizje, ze umre nie leczona, albo umre bo za pozno zaczne leczenie. Jakos zadna inna opcja, ze nie umre, nie przychodzila mi do glowy. Resztkami sil siadlam do kompa i zaczelam uruchamiac akcje - lece sie leczyc do Polski.
Dzieki ogromnemu wsparciu przyjaciol i rodziny, wszystko zostalo zalatwione: bilet kupiony, wizyty u prof. Markowskiej i drugiego lekarza w Wawie umowione. Znalazl sie nawet pracodawca gotowy mnie, ehem, zatrudnic. Nie uspokoilo mnie to ani troche. Nadal wylewalam hektolitry lez, bo musze zostawic maluchy, meza i czy ich jeszcze kiedykolwiek zobacze? Ktos nam wtedy podpowiedzial, by isc prywatnie do dr Kocura. Poszlismy. Trzy dni przed planowanym wylotem do Polski. W poczekalni dopadl mnie telefon z laboratorium. Ze maja wyniki (po tygodniu, a nie po trzech) i mam je pilnie odebrac (co swiadczylo tylko o tym, ze sa zle). Byli nawet gotowi przeslac je internetem albo i faksem i to juz natychmiast, do kliniki. 15 minut pozniej, sekretarka zaprosila mnie do gabinetu. A ja stalam skamieniala z faksem w rece. Rozumialam z niego tylko trzy slowa - carcinome epidermoide invasif.
Klapnelam na krzeslo w gabinecie, maz obok. Kilka razy zaczynalam opowiadac z czym przychodze, za kazdym razem glos mi sie zalamywal w polowie zdania. Zdolalam tylko wyciagnac reke i podac dr Kocurowi fax. Udzielil mi sie spokoj, z jakim doktor uciszyl moje niezdarne proby komunikacji - zobaczymy, prosze na fotel. Podczas badania tlumaczyl, pokazywal (kolposkop podlaczony do ekranu) i uspokajal - wstepnie moge powiedziec, ze chcialbym miec wszystkie pacjentki w tym stopniu zaawansowania. Decyzje podjelismy blyskawicznie - zostaje i lecze sie tutaj. Doktor przepisal skierowania na badania i ustalil od kiedy zaczynamy leczenie. Wyszlam z jego gabinetu usmiechnieta i przekonana, ze wszystko bedzie dobrze. To byla sroda, 28 pazdziernika 2009. Myslalam tak do piatkowego popoludnia...
c.d.n.
O trudnych rozmowach z ginekolozka pisalam wczesniej. To byl tak na prawde pikus, kilka malych wymuszen na przesympatycznej pani doktor. Przede mna oczekiwania na wyniki i starcie z dr Kocurem, badz co badz, bardzo zapracowanym profesorem.
Gdy wreszcie ginekolozka dala sie namowic na biopsje (ze ona mi ja zrobi, nie ja jej oczywista) i wreczyla mi plastikowy przezroczysty sloiczek z plywajacymi w srodku kawaleczkami mnie, pognalismy z mezem do laboratorium. A tam niespodzianka - czas oczekiwania na hist-pat do trzech tygodni, bo nie robia tego na miejscu tylko wysylaja do Francji. Siadlam i zaplakalam. I plakalam tak przez tydzien. Z bezsilnosci, bo nadal oficjalnie nie mam raka, a wiem, ze go mam, i ze strachu. Snulam wizje, ze umre nie leczona, albo umre bo za pozno zaczne leczenie. Jakos zadna inna opcja, ze nie umre, nie przychodzila mi do glowy. Resztkami sil siadlam do kompa i zaczelam uruchamiac akcje - lece sie leczyc do Polski.
Dzieki ogromnemu wsparciu przyjaciol i rodziny, wszystko zostalo zalatwione: bilet kupiony, wizyty u prof. Markowskiej i drugiego lekarza w Wawie umowione. Znalazl sie nawet pracodawca gotowy mnie, ehem, zatrudnic. Nie uspokoilo mnie to ani troche. Nadal wylewalam hektolitry lez, bo musze zostawic maluchy, meza i czy ich jeszcze kiedykolwiek zobacze? Ktos nam wtedy podpowiedzial, by isc prywatnie do dr Kocura. Poszlismy. Trzy dni przed planowanym wylotem do Polski. W poczekalni dopadl mnie telefon z laboratorium. Ze maja wyniki (po tygodniu, a nie po trzech) i mam je pilnie odebrac (co swiadczylo tylko o tym, ze sa zle). Byli nawet gotowi przeslac je internetem albo i faksem i to juz natychmiast, do kliniki. 15 minut pozniej, sekretarka zaprosila mnie do gabinetu. A ja stalam skamieniala z faksem w rece. Rozumialam z niego tylko trzy slowa - carcinome epidermoide invasif.
Klapnelam na krzeslo w gabinecie, maz obok. Kilka razy zaczynalam opowiadac z czym przychodze, za kazdym razem glos mi sie zalamywal w polowie zdania. Zdolalam tylko wyciagnac reke i podac dr Kocurowi fax. Udzielil mi sie spokoj, z jakim doktor uciszyl moje niezdarne proby komunikacji - zobaczymy, prosze na fotel. Podczas badania tlumaczyl, pokazywal (kolposkop podlaczony do ekranu) i uspokajal - wstepnie moge powiedziec, ze chcialbym miec wszystkie pacjentki w tym stopniu zaawansowania. Decyzje podjelismy blyskawicznie - zostaje i lecze sie tutaj. Doktor przepisal skierowania na badania i ustalil od kiedy zaczynamy leczenie. Wyszlam z jego gabinetu usmiechnieta i przekonana, ze wszystko bedzie dobrze. To byla sroda, 28 pazdziernika 2009. Myslalam tak do piatkowego popoludnia...
c.d.n.
piątek, 22 października 2010
poniedziałek, 18 października 2010
Sezon biegowy
W Polsce wlasnie powoli konczy sie sezon biegowy. Przeczytalam, ze biegaczowi nie wolno zaniechac trenowania zima, bo grozi to spadkiem formy do zera i koniecznoscia zaczynania od truchtu na wiosne. Poleca sie zatem silownie, fitnesownie, sporty halowe. I bieganie, gdy aura sprzyja.
W Senegalu za to wrecz przeciwnie - zaczynamy sezon. Wczesniej bylo za cieplo, za wilgotno, za duszno. Wiekszosc zawodow odbywa sie tu na wiosne i wczesnym latem, po czym nastepuje przerwa wakacyjna i piekielny poczatek jesieni. Gdybym wiec w przyszlosci, takiej dalekiej oczywiscie i o-czym-ja-tu-pisze-to-zbyt-ambitne, ale gdybym np. chciala pobiec kiedys np. w takim Maratonie Poznanskim, mialabym spory problem z BPS (ha, pierwszy termin, nie wiecie co to, to szukajcie), bo przygotowanie przypadaloby wlasnie na "sezon piekielnego goraca i wilgoci".
Ale planujac juz bardziej realistycznie - jesli chce pobiec 10 km w kwietniu, mam spoooro czasu na przygotowania.
Dzisiaj po dwoch tygodniach przerwy poszlam pobiegac. Zsynchronizowalam idealnie sporty i zajecia dodatkowe dzieci i bedzie to wygladalo tak: poniedzialek i sroda poznym popoludniem - krotkie bieganie, sobota rano - dlugie bieganie. Do tego dwa razy w tygodniu (czwartek i jakis inny dzien) - silownia.
A co do dzisiejszego truchtania - biegalo mi sie fatalnie. Pol godziny, wolniutko i z przerwa. O 17 Bulwar Zachodni byl calkiem pusty, co swiadczy o tym, ze wybralam jednak zbyt wczesna pore. Spocilam sie jak mysz - 35°C. Ale za to tym razem nie zapomnialam o kaszkiecie i teraz wieczorkiem czuje sie super. Ciekawa jestem jak bede sie czuc jutro rano...
W Senegalu za to wrecz przeciwnie - zaczynamy sezon. Wczesniej bylo za cieplo, za wilgotno, za duszno. Wiekszosc zawodow odbywa sie tu na wiosne i wczesnym latem, po czym nastepuje przerwa wakacyjna i piekielny poczatek jesieni. Gdybym wiec w przyszlosci, takiej dalekiej oczywiscie i o-czym-ja-tu-pisze-to-zbyt-ambitne, ale gdybym np. chciala pobiec kiedys np. w takim Maratonie Poznanskim, mialabym spory problem z BPS (ha, pierwszy termin, nie wiecie co to, to szukajcie), bo przygotowanie przypadaloby wlasnie na "sezon piekielnego goraca i wilgoci".
Ale planujac juz bardziej realistycznie - jesli chce pobiec 10 km w kwietniu, mam spoooro czasu na przygotowania.
Dzisiaj po dwoch tygodniach przerwy poszlam pobiegac. Zsynchronizowalam idealnie sporty i zajecia dodatkowe dzieci i bedzie to wygladalo tak: poniedzialek i sroda poznym popoludniem - krotkie bieganie, sobota rano - dlugie bieganie. Do tego dwa razy w tygodniu (czwartek i jakis inny dzien) - silownia.
A co do dzisiejszego truchtania - biegalo mi sie fatalnie. Pol godziny, wolniutko i z przerwa. O 17 Bulwar Zachodni byl calkiem pusty, co swiadczy o tym, ze wybralam jednak zbyt wczesna pore. Spocilam sie jak mysz - 35°C. Ale za to tym razem nie zapomnialam o kaszkiecie i teraz wieczorkiem czuje sie super. Ciekawa jestem jak bede sie czuc jutro rano...
niedziela, 17 października 2010
Kasia
Polska medycyna nie ma jej juz nic do zaoferowania. W przeciwienstwie do francuskiej.
Tutaj blog z informacjami o Kasi i leczeniu, na ktore jej wspaniali przyjaciele zbieraja pieniazki http://kasioweopr.blogspot.com/ , a tutaj blog Kasi, dowcipny, lekki i nie tylko o raku http://herzogincecilie.wordpress.com/
Tutaj blog z informacjami o Kasi i leczeniu, na ktore jej wspaniali przyjaciele zbieraja pieniazki http://kasioweopr.blogspot.com/ , a tutaj blog Kasi, dowcipny, lekki i nie tylko o raku http://herzogincecilie.wordpress.com/
piątek, 15 października 2010
"medycyna naturalna" c.d.
Czasami mam ochote plakac z moja kolezanka pigula, gdy slysze opowiadania jaka droge przechodza w Senegalu pacjeni onkologiczni od diagnozy do rozpoczecia leczenia. Leczenie onkologiczne w szpitalu panstwowym jest odplatne. To pierwsza przeszkoda. Zaprzeczenie - bo przeciez dobrze sie czuje - kolejna. Wiara, ze - pomoze mi "medycyna naturalna", bo pomogla wujkowi, dziadkowi i sasiadowi - trzecia. W efekcie pacjent po wyjsciu z gabinetu lekarskiego, zaczyna pielgrzymke po specjalistach od ziolek, marabutach - specjalistach od gri-gri z jaszczurzej skorki i pazurka nietoperza. Nie pomaga? Ech, oszust marabut, w sasiedniej wsi jest lepszy. Ten tez nie pomaga? Podobno pod granica z Gambia jest taki wyjatkowy - ministrowie do niego zjezdzaja... Prawda to - jest i zjezdzaja.
Pacjent wraca oczywiscie do swojego lekarza po kilku miesiacach, gdy bol rozrastajacyh sie tkanek nowotworowych zaczyna byc nie do zniesienia...
Bywaja tez inne historie. Siostrzenica meza, cudowna i inteligentna dziewczyna, przedstawila mi swoja najblizsza przyjaciolke. Dziewczyny razem wyjechaly dwa lata temu do Francji na studia, u kolezanki lekarze wykryli zaawansowanego raka (nie wiem dokladnie gdzie ognisko pierwotne, z rozmowy wynika, ze zaatakowanych jest wiele organow). Kolezanka przeszla kilka cykli chemioterapii, niestety, odpowiedz byla nikla, do tego pacjentka wymeczona, przerazona, z dala od rodziny. Po poltora roku zdecydowala sie wrocic do Senegalu. Rodzice podobno skontaktowali sie z cudownym ozdrowicielem, ktory leczyl z raka prostaty prezydenta Gabonu Omara Bongo*. Bongo zmarl w czerwcu 2009...
Nie jest moja intencja epatowanie bieda czy zabobonami ciemnej Afryki. Takze w centrum Europy tolerowane sa praktyki znachorskie. To tylko taka senegalska "cieciorka w nodze".
Rak jest podstepna choroba takze z tego powodu, ze sklania chorego do takich wlasnie, irracjonalnych dzialan.
Pacjent wraca oczywiscie do swojego lekarza po kilku miesiacach, gdy bol rozrastajacyh sie tkanek nowotworowych zaczyna byc nie do zniesienia...
Bywaja tez inne historie. Siostrzenica meza, cudowna i inteligentna dziewczyna, przedstawila mi swoja najblizsza przyjaciolke. Dziewczyny razem wyjechaly dwa lata temu do Francji na studia, u kolezanki lekarze wykryli zaawansowanego raka (nie wiem dokladnie gdzie ognisko pierwotne, z rozmowy wynika, ze zaatakowanych jest wiele organow). Kolezanka przeszla kilka cykli chemioterapii, niestety, odpowiedz byla nikla, do tego pacjentka wymeczona, przerazona, z dala od rodziny. Po poltora roku zdecydowala sie wrocic do Senegalu. Rodzice podobno skontaktowali sie z cudownym ozdrowicielem, ktory leczyl z raka prostaty prezydenta Gabonu Omara Bongo*. Bongo zmarl w czerwcu 2009...
Nie jest moja intencja epatowanie bieda czy zabobonami ciemnej Afryki. Takze w centrum Europy tolerowane sa praktyki znachorskie. To tylko taka senegalska "cieciorka w nodze".
Rak jest podstepna choroba takze z tego powodu, ze sklania chorego do takich wlasnie, irracjonalnych dzialan.
Subskrybuj:
Posty (Atom)