Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Senegal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Senegal. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 czerwca 2013

Debilny pudel

Najbardziej debilne zdanie tygodnia? Ostatnie w tym (klik) "artykule" internetowego tabloidu, czyli "Pudelka".

Dzisiaj udzieliłam wywiadu studentce dziennikarstwa, która dla senegalskiej telewizji RTS realizuje reportaż o sytuacji kobiet chorych na RSM. Było mi bardzo ciężko zdecydować się na ujawnienie swojego nazwiska i twarzy. Ale zdecydowałam się to zrobić, bo kobiety w Senegalu często nie rozpoczynają leczenia nie wierząc w jego powodzenie.

Takie "artykuły" jak ten nie zachęcają bynajmniej do ujawniania się. Pudelku, byłeś dotąd cudownie złośliwy,  ale od teraz będziesz dla mnie synonimem debilnej bezmyślności.

Zacytuję: Violę i Magdę jak widać nadal dużo łączy: Karolak, role w Rodzince.pl, miejmy nadzieję, że nie dzielą się przynajmniej wirusem HPV.  


wtorek, 31 stycznia 2012

Zmiany

Bardzo przepraszam wszystkich tu zaglądających, skończyła mi się wena.

Rak, cóż, postraszył mnie podniesionym leciusieńko markerem, ale cytologia wykluczyła wznowę. Dla świętego spokoju powtórzę marker w połowie marca.

Biegania nie ma. Jest joga i chodzenie z kijkami, oba sporty tak nudne, że nie warto o nich pisać.

Za to w Senegalu się dzieje. Nadchodzą wybory prezydenckie, zaczynają się manifestacje, rozrzuchy. Wiosna senegalska rok po arabskiej? O tym, a w następnym poście.

wtorek, 27 grudnia 2011

Trwaj Swięcie, trwaj

Za duzo jadlam, za duzo pilam; cale szczescie, ze to pierwsze neutralizowalo to drugie, a plywanie to pierwsze i to drugie. Ale i tak rownanie kaloryczne wypada na korzysc kalorii, czyli moja niekorzysc.


Swieta byly cudowne. Spiecie przedswiatecznie cudownie rozplynelo sie wraz z zaspokajaniem tych najbradziej wybrednych kubkow smakowych ostrygami, rybkami i starannie dobranym winem - to w sobote, oraz baranina z grilla i swinka z pieca - to w niedziele. Sernik rozplywal sie w ustach, makowiec troche pozostawial do zyczenia, ale oj tam oj tam.

Rozkoszom kulinarnym towarzyszyly ciekawe, niebanalne rozmowy. Bez zbawiania swiata tym razem, bez kreslenia strategii walki z rakiem, bez polskiej martyrologii. Sniadanie na tarasie z widokiem na ocean, znow Bolero Ravela (tym razem bez Bethovena), fragmenty Szekspira (heheh, no nie bede przeciez czlowiekowi psuc wakacji, wiec nie powiem kto zacz), przeplatane koledami, wykladami z anatomii i dzieciecymi zachwytami, ech, cudowne trzy dni.

Po powrocie zastalam zachrypnietego kota i wystraszona pania sprzatajaca. Okazalo sie, ze drzwi na taras zostawilismy otwarte (przed wyjazdem odbywaly sie ostatnie race w domu i wanialo niemilosiernie farba), kicia tam wylazla, po czym zeskoczyla na okap kuchennego okna - wysokosc 3 pietra, powierzchnia metra na 20 cm. W nocu morde zaczela drzec i obudzila pania sprzatajaca.

I tutaj, nasza nioceniona Awa, jak zawsze wykazala sie inteligencja i sprytem.
Najpierw, spuscila wiadro na lince, ale kicia nie skumala, ze powinna do niego wejsc. Pozniej, opuscila drabine, kicia nadal glupa pali. I tutaj zaczyna sie hardkor. Pani sprzatajaca zrobila petle ze sznura, taka jak dla wisielca i opuscila na okap. Podobno dobre pol godziny probowala zlowic glowke kotka jak rybke na wedke, wreszcie kicia wlozyla lebek do srodka, Awa na sznurek i hyc do gory. Kicia w skrzek, zessrala sie w powietrzu - Awa twierdzi, ze ze strachu, ja, ze z powodu otarcia sie o smierc wisielcza - ale wszystko trwalo zaledwie sekunde i kicia szczesliwie wyladowala w domu. Gdyby sie nie udalo, spadlaby z wysokosci trzeciego pietra wprost na druty kolczaste...

W tej calej historii, zal mi najbardziej naszej Awy, ktora wyglada, jakby sama sie otarla o zawal.

sobota, 10 grudnia 2011

Zwiazek idealny

sobotniego wieczoru i pelni.

Odbierajac Synusienieczka od kuzyna, zauwazylam wiszacy i uragajacy (a moze smiejacy sie? Wszystko zalezy od nastawienia) Ksiezyc w Pelni. Heh, tego mi trzeba bylo - wymowki, by wymowic sie z danego sobie slowa, ze nie tkne alku do Swiat Nadchodzacych. No bo skoro i tak ze spania nici (pelnia!), mozna spedzic wieczor milo i przyjemnie z jedyna osoba tykajaca alkohol w moim domu, czyli z sama soba.

Poniewaz domowe zrodelko w postaci nawiezionych ze sklepow lotniskowych buteleczek wyschlo, udalam sie do najblizszego monopolowego. Atmosfera jak w melinie, wystroj tez, panowie ogladajacy mecz i lypiacy na mnie przekrwionym okiem. W Senegalu 95% staniowia muzulmanie, ale kraj laicki jest, wiec na kazdym rogu mozna sie zaopatrzyc, na wypadek sobotniego wieczoru i pelni. Nikt sie z piciem alkoholu nie afiszuje, ale tez innowiercy nie musza sie po katach chowac ze swoimi butelkami, jak to ma np miejsce w sasiedniej Mauretanii.

Zakupilam Roziowe i czekajac az pan sprzedawca zawinie butelke schludnie i estetycznie we wczorajsza gazete, spojrzalam na wchodzacego pana. Nie ma bata, wchodzac do sklepu, domu, do jakiegokolwiek pomieszczenia, kazdy Senegalczyk sie przywita. A wiec... Salam Alejkum - padlo. Odpowiedzialam Alejkum Salam i ......heheheheh, nie udalo mi sie stlumic zlosliwego chichitu.

wtorek, 22 listopada 2011

Jeszcze z drogi



Przejezdzamy przez Thies. Mlody cudzoziemski chirurg, wychowanek doca, zdaje relacje ze swojego stazu na poludniu kraju: praktycznie spie w szpitalu. W dzien zaplanowane operacje, w nocy cesarki i interwencje. Jednej nocy to 14 cesarek musialem przeprowadzic. Szczeka mi opada do ziemi, co przy szybkosci 150/h moze miec tragiczne konsekwencje.

Ale zaraz sie dowiemy, kto tu jest samcem Alfa. Thies, piekne miasto - zaczyna doc. Docowi wzielo sie na wspominki i mowi - taaa, jak tutaj pracowalem, to mialem 4 sale operacyjne do dyspozycji. Operowalismy rownoczesnie na czterech, pierwszy anestezjolog usypial pierwszego pacjenta, wchodzilem na sale rach, ciach, drugi juz byl usypiany na drugiej sali, a trzeci na trzeciej przygotowywany...

???

niedziela, 13 listopada 2011

Baranowo



Mieszkam w Baranowie.

Urodzaj baranów w tym roku spowodował, że tydzień po święcie rżnięcia barana nadal wszędzie ich pełno.



Co do barana swiątecznego z poprzedniego postu - był jaki powinien być i wszystko mial na miejscu.

One takie są i na tym ich urok i smak polega.

sobota, 12 listopada 2011

11.11.11







Nadal uparcie nie wierzę w przeznaczenie. Wierzę w zbiegi okoliczności. Ale chyba powinnam zmienić nastawienie, bo życie od pewnego czasu podwaza moją wiarę w niewiarę. Zbyt wiele się wydarzyło w moim życiu przez raka i dla raka i wygląda na to, że wiele się jeszcze wydarzy. Dobrego.


Świętowaliśmy 11.11. Prof postanowił wydać dla grupki Polaków kolację; trochę w podziękowaniu za projekt, trochę z sympatii, mam taką nieśmialą nadzieję. I doczekałam się szampana. Ze wzruszenia ścisnęło mnie w gardle i nie wygłołosiłam mowy, wydusiłam z siebie tylko podziękowanie.

Oprócz szampana był tez baran, lody, dobre wino, tańce. A o północy hymn narodowy!



Konczymy zaraz jeden projekt, tworzymy nowe na 2012.

Impreza odbywała się na dachu, na tarasie. Gapiłam się na uśmiechniętą gębę księżyca (pełnia) i czułam zbliżające się spełnienie. Uczucia tego oewnie nigdy nie doznam, ale samo poczucie, że czai się, że jest niedaleko, było bardzo przyjemne.




niedziela, 6 listopada 2011

Raciczki








Ostatnią noc spędza w garazu.


Odkąd Kociczka nas zaadoptowała, jakoś tak nie cieszę się na Tabaski... Empatia międzygatunkowa.






sobota, 13 sierpnia 2011

W Dakarze gwiazdy nie spadaly

Coraz trudniej jest mi wypelniac plan terningowy. Biegac mozna albo wczesnie rano, albo wieczorem, w ciagu dnia upal i wilgotnosc zwalaja czlowieka z nog. Z tym wieksza przyjemnoscia zdecydowalam sie dolaczyc do grupy moich ulubionych chodzacych/biegajacych, ktorzy w nocy z piatku na sobote zorganizowali marsz po pieciokilometrowej petli. Bylo przesympatycznie. Opowiesciom o wakacjach, planach na kolejny rok szkolny, dzieciach, no i oczywiscie o planach sportowych, nie bylo konca. Wypatrywalismy przy okazji tych spadajacyh gwiazd, ale poza corka prezydenta, ktora razem z ochroniarzem brala udzial w marszu, nie wypatrzylismy zadnej. Wrocilam do domu o polnocy.

Zrobilam petelke pieciokilometrowa z kijkami, pozniej zlozylam je i odbylam obowiazkowy, 3 w tym tygodniu trening - godzinka wolno + 5 interwalow. Niby bieglo mi sie calkiem dobrze, ale dzis musze przyznac, ze moje cialko sie buntuje. To ostatni tydzien intensywnego trenowania, przyszly tydzien ma byc juz lzejszy, licze na odpoczynek, bo odnosze wrazenie, ze jets na granicy kontuzji. Jednak zanim zwolnie tempo i intensywnosc, czeka mnie jutro ostatni w tym tygodniu trening - wolno 120 minut. I szczerze wyznaje juz przed, ze nie wiem, czy dam rade.

Musze sie tu pozalic. Bo boli. Cos podobnego dopadlo chyba kiedys Hanke - bolaca pieta "pociagnelä"w gore i boli teraz lewe biodro, pupa, ciagnie az do kosci krzyzowej w ktora ktos zlosliwie wbija mi szpileczki. Pieknie to sobie wytlumaczylam: oszczedzajac pobolujaca od trzech miesiecy stope, dokladniej piete i sciegno, nie odbijam sie dostatecznie mocno stopa, lecz raczej "ciagne" ja "z biodra"...hm, ciekawe czy ktos z Was zrozumial co mam na mysli. Zmeczona i rozwalona psychicznie (znow trema, czy dam rade przebiec ten maraton?) zrobilam sobie dzisiaj dzien lozkowy. Zazylam przeciwbolowe cholerstwo rozkurczajace miesnie (myolostan, przez kilka godzin jestem po nim jak rosinka), wcieralam zel cliptol i kazalam Slubnemu sie pomodlic. Jutro 6 rano - to samo miejsce co wczoraj. Wolno i dlugo. Zdam relacje czy dalam rade.

Uzupelniajac poprzedni wpis. Dieciaki przeszkolilismy. Ale cala akcja nie byla tak grozna, jakby sie moglo wydawac. Drobne kradzieze sa tutaj na porzadku dziennym, lecz rozboje, zabojstwa, zachowania przemocowe wobec dzieci, ciagle jeszcze naleza do rzadkich przypadkow. Inch Allah.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Kobieta z jajami

Jest Ramadan. Pan Ha o 20 je sniadanie, potem spacerujemy, 22 obiad, 5 rano kolacja.

21 - spacerujemy. Bez dzieci. Po pol godzinie chwycil mnie niepokoj, wracamy. W domu dzieciaki - jakas pani byla, zostawila kartke. Czytam: prosze zadzwonic pod numer XXX, podpisano XXX corka pani XXX z banku SGBS. Dzwonie, nie ma tekiego numeru. Bank SGBS? Nie mamy tam konta. Zastanawiam sie dalej... JASNY GWINT, opowiadac mi tu juz kto tu byl i co robil!!!

Opowiesc Najmlodszego:
Zadzwonila pani do drzwi, to jej otworzylem, chciala widziec rodzicow, to powiedzialem, ze wyszli, chcialem drzwi zamknac, ale weszla do srodka i powiedziala, ze na was zaczeka. Usiadla, a ja z Ablayem (kuzyn) wrocilismy do komputera. Co robila? Nie wiem, nie patrzylem, gralem w gry. Aha, wody sie chciala napic to jej dalem.

Opowiesc kuzyna:
Poszla na gore (pokoje dzieci) ale szybko wrocila. Rozgladala sie po salonie, to powiedzialem Najmlodszemu, ze ta tutaj to chyba czego szuka, ale on nie reagowal, bo wiesz ciocia, gralismy w FIFA 2010. Jak poszlismy do lodowki po wode, to podeszla do koszyczka, gdzie klucze trzymacie i drobniaki i grzebala tam. Potem sie zapytala, czy ktos jeszcze jest w domu. To poszedlem po Srednia i wrocilem do komputera.

Opowiesc Sredniej:
Dziewczyna, tak na oko 17 lat (sic!). Mila i sympatyczna, chciala od ciebie mamusiu jakies dossier do banku i poprosila, zebym z nia poszukala. Ale ja powiedzialam, ze nie wiem gdzie trzymasz papiery z banku. Chcialam ja jeszcze o cos zapytac, ale ona caly czas rozmawiala przez telefon, wiec nie chcialam jej przerywac. Chodzila troche po salonie, potem oparla sie o sciane przy wejsciu do waszej sypialni, caly czas z telefon przy uchu. I nagle weszla do waszego pokoju i zapalila swiatlo. Pomyslalam sobie, ze jest niegrzeczna i tak sie nie robi i chcialam jej to nawet powiedziec, ale nie chcialam byc niemila. Ale gdy otworzyla Twoja szafe z ubraniami, to sie jednak zapytalam czego szuka. To ona powiedziala, ze nic, napisala na kartce ten nr telefonu i poszla. Aha, wydaje mi sie, ze dotknela Twoja torebke, ktora lezala na lozku.

Zniknela tylko pieczatka firmowa. Mielismy wszyscy wiecej szczescia niz rozumu.

Coz za misterny plan: godzina, telefon, sprawa z banku. I ta odwaga! Niewatpliwie dziewczynka ma niezle jaja.

(opowiem Wam kiedys jak wyglada "sposob na wode"i "sposob na zapalenie opon mozgowych")

sobota, 30 lipca 2011

Memento





Wspominalam ostatnio o chaotycznym ruchu drogowym. Lubie prowadzic, ale skrzydel jakos rozwinac nie moge, caly czas miedzy dwojka i trojka; autko pali jak smok. Rower odpada.

A drugie zdjecie to takie memento, jadac poza Dakar zawsze spotkam co najmniej jedno takie "cos".

Znajomy mowi - gdy parkujesz samochod podziekuj Bogu, zes caly do domu wrocil. Wiec dziekuje. Bo dwie godziny temu moj powrot nie byl wcale tak ewidentny (wiem, znow frankofinizm mi wyszedl).

czwartek, 30 czerwca 2011

Co sie dzieje w Senegalu?

pytaja mnie bliscy i dalsi znajomi.

W skrocie. Obecny prezdyent rzadzi od 2000 roku i przyszlym roku konczy druga kadencje. Ma ochote na kolejna, lub przynajmniej na obsadzenie fotela swoja progenitura. Probuje wiec pogrzebac przy konstytucji, ma na to jeszcze dwa miesiace - na pol roku przed wyborami wszelkie zmany w konsyttucji sa zabronione, i wlasnie za dwa miesiace zaczniemy odliczanie szesciu miesiecy do wyborow.

Ludzie nie chca ani seniora ani juniora, maja dosc. Maja tez dosc przerw w dostawach pradu. Swoje niezadowolenie wyrazaja coraz glosniej i odwazniej, ci najbardziej radykalni wychodza na ulice. Kontestacja w stylu Ghandi w Afryce nic nie da, wiec manifestanci, najczesciej studenci, pala opony i stawiaja baraze na ulicach.

Najwazniejsze w tym wszystkim, to nie pojsc za daleko. Nie przekroczyc cienkiej granicy miedzy manifestowaniem a dewastowaniem. O tym wszyscy teraz mowia, ze dobrze sie stalo, niech prezydent wie, ale niech mlodzi nie dadza sie sprowokowac.

Co bedzie dalej, trudno przewidziec. Senegal byl zawsze wzorem demokracji w tej czesci Afryki, Senegalczycy nie lubia przemocy, w sposob swoisty rozwiazuja wiekszosc konfliktow - ten jest moralnym zwyciezca, kto odpusci i pierwszy powie - c'est pas grave.

Co zrobi prezydent? Wersja pesymistyczna: dalej bedzie probowal grzebac przy konstytucji, metoda malych kroczkow zdobywac lub kupowac koalicjantow, prowokowac mlodych - juz wyprowadzil na ulice wojsko, co zostalo bardzo zle przyjete - w Senegalu nigdy nie uzywano wojska do zaprowadzano porzadku publicznego, zapowiedzial, ze wprowadzi stan wyjatkowy.

A wiecie, co mnie w tym wszystkim brzydzi najbardziej. Milczenie Francji. Wszyscy podejrzewaja, ze prezydent dogadal sie z Sarko, ktory w odpowiednim momencie poprze juniora. Jak to mialo miejsce w Gabonie. Buerk

wtorek, 28 czerwca 2011

Pobiegalam

o 6 rano. Zycie wrocilo do normy, prad wlaczyli.

Podpalacze opon bawili sie wczoraj w ciuciubabke z zandarmeria. Albo w pojawiam sie i znikam.
Dostawalismy sms od alma mater Pana Ha czyli wuja Sama, ze sa na Almahdi, albo na Liberte, albo na Yoff. Coz, jesli tylko w ten sposob mozna wymusic dostawy pradu i pokazac prezydentowi, ze trzecia kadencja to przegiecie, to jestem za. Umiarkowanie za.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Plany

Nie ma pradu od 24 godzin, chyba panstwo zmierza w kierunku kompletnej fajty.

Grupki manifestantow podpalaja opony na ulicach, po czym przemieszczaja sie w inne miejsce, by nie dac sie zlapac. Niestety nie wszyscy manifestanci maja czyste intencje cos tam zamanifestowac; towarzysza im mniejsi i wieksi bandyci i tych sie trzeba wystrzegac. Przestraszyli mi dzieci, bo podpalili opony na rogu, blisko naszego domu.

Ale co tam, opony sie dopalily, dzieciaki odkleily nosy od szyb, a ja nastawilam budzenie na 5. Mam do wyrobienia 50 minut jutro, co tam opony, co tam rozruchy. Wyjemy jutro wszystko z lodowki, ktora sie w tej sytuacji zamienila w szafe na zarelko. Wyjemy i pobiegam. Dwa pewne punkty dnia jutrzejszego. Bo juz praca i szkola to niekoniecznie.

Zaraz komp padnie calkiem. Nawet superasnaiwypasiona bateria nie da rady. Zawsze mowilam - wielu se zeby na tym kraju polamalo. Ale, do pieruna, nie ja. Widzimy sie jutro o 6 na Rond Point Liberte VI. A demain.

czwartek, 23 czerwca 2011

Spermatokracja



Tak bezlitosni dziennikarze nazywaja iddee przekazania wladzy z prezydenta ojca na syna.

W Dakarze trwaja wlasnie manifestacje przeciwko zmianom konstytucji umozliwiajacym rzady spermatokracji.

niedziela, 22 maja 2011

I znów na sportowo

Wstałam dzisiaj o 5 rano. Wczoraj tez. Ale wczoraj była sobota, a dzisiaj jest niedziela, róznica zasadnicza. Wstałam więc w niedzielę, zeby się samookaleczać, czyli bez przymusu i szantazu przejść 30 kilometrów w średnim tempie 6 na ha. Pogięło mnie totalnie. Z ręką na sercu - było dużo łatwiej niż ubiegłotygodniowe 25 kilo, co oczywiście nie znaczy, że było lekko. Boli mnie to co zawsze, czyli tyłek i śrubki w bioderkach.

Po przyjściu do domu padłam. Pan Ha stając nad garami kręcił tylko głową, co za dom - żona się ulatnia w niedzielę, mąż robi dzieciom śniadanie i obiad - bręczał. Chce mnie wpędzić w poczucie winy. Nie uda mu się. Po obiedzie zasiadłam do kompa i pokazałam ukochanemu i dzieciom: gdzie szliśmy, z kim, ile kilometrów nachodziliśmy i co widzieliśmy. Średnia jest dość usportowionym dzieckiem, więc oczy jej iskrzą i chyba rozumie, że ja muszę, że po prostu muszę.

Jest jeszcze aspekt społeczny tego mojego łażenia i wolnego sobotniego biegania. Poznaję ciągle nowych ludzi, ich opinie na różne ciekawe tematy. Dyskutujemy, opowiadamy, poznajemy (ja przy okazji poznaję nowe francuskie słówka, memłam je w pamięci i po powrocie sprawdzam w słowniku).


Gdy jako tako doszłam do siebie i zjadłam bardzo smaczny obiadek (makaron z sosem warzywno - mięsnym; kocham Cię mój mężu, tylko Ty robisz takie wspaniałe obiadki w niedzielę), zasiadłam do oglądania Dr Hausa. Wtręt - po francuskich reklamach poznaję, że się gorąco zrobiło w Jewropie - same reklamy lodów. Jak zawsze niewiele zrozumiałam z filmu, a oglądanie białych fartuchów przypomniało mi, ze trza sie przygotować do jutrzejszego szkolenia - Dr Kocur będzie jutro szkolił studentów szkoły pielęgniarskiej z raka szyjki macicy, o czym będzie można dowiedzieć się za kilka dni z bloga projektowego.

sobota, 14 maja 2011

O poranku

Poranne bieganie bardzo mi służy. Wczesne pójście spać, dość głęboki sen, co w przypadku przedwczesnej i sztucznej menopauzy jest rzadkością, pobudka o 5 rano; trochę jak w wojsku. Albo zakonie. Ale bieganie tego właśnie wymaga - samodyscypliny i uregulowanego trybu życia. Ponieważ emocje trochę mną rzucają i mam bajzel w głowie (określenie baj Marciocha), na tym etapie element porządkujący bardzo mi odpowiada. Dzisiaj dwie godziny podbiegów pod latarnię na Mammel. Fajnie.

Jutro marsz - 22 kilometry, bo udało mi się przekonać pana Ha. No i zapisałam się na maraton marszem w czerwcu. Przejdziemy od Dakaru do Różeowego Jeziora.

Gdy w lutym zaczynałam moje ranne bieganie, słońce wschodziło krótko przed 7 rano z brutalnością znaną tylko z tropików: do 7.45 ciemno, o 7.55 jasno; i to wszystko; żadnego przedświtu, jutrzenki. Tu gdzie jestem długość dnia prawie równa się nocy, z małą przewagą na korzyść dnia latem - świt wita nas teraz podczas biegania około 6.20. Biegłam w górę było ciemno, zbiegam w dół, jest już jasno. A jak jeszcze jesteśmy przy tematach pogodowych, dodam z ulgą, że pogoda nas rozpieszcza w tym roku. Połowa maja, a w Dakarze nadal przyjemnie chlodnawe noce, można spać bez klimy i wentylatora.

Blogger u mnie tez wariuje, znikneły na kilka godzin wszystkie kopie moich postów, kóre normalnie zachowane są w "edytuj posty". Brrrr, obleciała mnie gęsia skórka na myśl, że mój pamiętniczek miałby zniknąć. Może jednak kopie zapisaywać w dokumentach. Albo gdzies. Tylko gdzie? O, i etykiety poznikały. Ratuj się kto może....

wtorek, 10 maja 2011

Biegowo i marszowo

Dziewczyny z grupy biegowej IAM Team oraz Graziano, ktorzy przytulili mnie na dwa treningi w tygodniu, powoli zblizaja sie do swojego startu, czyli do stowy w Passatore. Trenuja prawie codziennie. Przygladam im sie i... moze nieladnie to brzmi, ale probuje wyciagnac nauki z ich doswiadczen i nie popelniac ich bledow. Bo np unikają klasycznej rozgrzewki, tylko rozgrzewaja sie w biegu, robiac pierwsze dwadziscia minut powoli. Niby tak tez jest dobrze, ale gdy w ostatnia srode ruszylismy po takiej wlasnie rozgrzece do kilometrowki w tempie 12/h (ja odpuscilam po pierwszej), po trzeciej I. wysiadlo kolano, G. poczul bol w udzie. Cos tam zaczelam gdakac, ze nie tak sie powinno, ale na mnie lypnela M; nie dziwie sie – moje doswiadczenie przy ich - zadne. Baknelam tylko na usprawieliwienie – bo w Polsce taki boom teraz na bieganie i wszedzie tak trabia o tej rozgrzewce. Podobnie zreszta z rozciaganiem – tylko ja po biegu rozciagam, co tam Staszewski kaze.


W ubiegłym tygodniu odzyskałam buty i podleczyłam otarcia. Z moim zdaniem, że paznokieć tragicznie nie wygląda, nie chce się zgodzić doc. - Jak Ci zacznie odchodzić i dostaną się bakterie to zobaczysz - straszy. Mam nadzieję, że paznokieć nie zacznie się odklejać juz teraz, bo wtedy trzeba bedzie go zdjąć, a to oznacza dłuższą przerwę w bieganiu. Za głupotę trzeba płacić. I to dosłownie, bo mój ubezpieczyciel tak nam podniósł stawkę (pewnie z powodu mojej choroby), że musieliśmy się pożegnać. Z nowym już umowę podpisaliśmy, ale ubezpieczenie obejmie nas dopiero od Dnia Dziecka. Paznokieć musi w maju zostać więc na swoim miejscu, a rożne inne przypadłości wstrzymać się z atakiem na Rodzinę Ha.

Podleczylam jedne, nabawiłam się nowych. W sobote mieliśmy wybieganie - dwie i pol godziny, z czego dwie godziny dziesięć razy w góre i w dół, po 850 metrów na latarnię Mammel. Wyszedł mi prawie półmaraton! Górka tym razem dała mi się we znaki i resztę soboty masowałam sobie cztery litery. Ale było warto. Dobiegając do szczytu i robiąc nawrót patrzyłam z góry raz na Dakar, raz na ocean i wszystko, wszystko w moim życiu wydawało mi się możliwe do zdobycia i zrealizowania.

W niedzielę dałam się namówić na chodzenie. Spowodowało to niestety znaczne ochłodzenie rodzinnej atmosfery na resztę dnia, bo opuściłam moją Rodzinkę i poszłam "spędzać czas z tymi oszołomami, przez które robię dwa razy w tygodniu pobudkę o 5 w nocy!". Jeśli więc nie uda mi się Monsieur Ha namówić na chodzenie ze mna, raczej zrezygnuję. Ale ten pierwszy raz był bardzo sympatyczny. Kiludziesięcioosobowa grupa chodzących z kijkami i bez; znaczną jej część stanowią też biegacze. Przeszliśmy dość żywym tempem około 17 kilometrów, rozmawiając o wszystkim i niczym, rozkoszując się wczesnym, słonecznym porankiem. Zauważyłam, że chodzenie aktywuje inne partie mieśni niż bieganie. Poznałam to po umiejscowieniu nowych pęcherzy na stopach – są tam, gdzie ich jeszcze nie miałam. Do tego podczas marszu zaczęły mnie boleć biodra, pięty, podeszwy. Ostatnie dwa kilometry były już tak uciążliwe i męczące, że musiałam je przebyć... biegiem. Marszem nie dałabym rady. Zbyt męczące.

piątek, 6 maja 2011

Powiesci w odcinkach cz 1

Dziwy, ktore mnie dzisiaj spotkaly dowodza, ze ptaszyna cos tam wyprosila. Tylko, ze jej sie osoby pomylily i slepy los tym razem mnie oblaskawil. Uprzedzam, bedzie dlugo, bo watkow pobocznych cale mnostwo.

Musze wiedziec co mi stuka w samochodzie, zanim go oddam do mechanika. Bo jak nie bede wiedziec, to dam sie wkrecic w kupowanie czesci zamiennych dla polowy tuzina aut wlasciciela warsztatu. Taka rzeczywistosc, niestety.

Dwa tygodnie temu wjechalam zbyt szybko w wielka dziure, dzien pozniej zaczelo cos stukac. Tak przy przednich kolach, jakby sie cos obluzowalo i lekko uderzalo o cos, szczegolne gdy auto jedzie po wertepach. Probujac zlokalizowac miejsce, powiedzialabym - pod nogami kierowcy. Pan Ha ignoruje, ja sie szczypie i szukam mechanika, ktoremu mozna zufac

Czy ktos ma pomysl, co to moze stukac?

środa, 4 maja 2011

Lec ptaszynko

Jest tu taki zwyczaj; nigdy tego nie robilam, ale dzisiaj po prostu musialam. Zatrzymalam sie w niedozwolonym miejscu i przywolalam pana z klatka na ptaki. Niata la, niata ben - zapytalam moim niepoprawnym woolof; fuki dyrym - odpowiedzil pan. Dioh ma niar - zdecydowalam (Ile kosztuje, ile kosztuje jeden? Piecdziesiat. Sprzedaj mi dwa).

Tym sposobem nabylam dwa malutkie ptaszki. Nie byle jakie. Ptaszki - poslanniczki moich prosb. Pan wyjal je z klatki i podal mi trzymajac za skrzydelka. Wzielam je od niego ostroznie, takie malusie, wystraszone odrobinki. Wyszeptalam prosbe, dmuchnelam do dziobka i frrrrrrrrr, puscilam wolno pierwszego. Polecial z moja prosba do samego Allaha. Po chwili drugi zaniosl kolejna prosbe.
To bylo dzisiajszego ranka. Dwie najwazniejsze prosby.

PS. Podobno ptaszki sa tresowane i wracaja do pana z klatka
jesli nawet, to i co z tego?

PS. Pewna Solange napisala i sfotografowala je tu