Dziewczyny z grupy biegowej IAM Team oraz Graziano, ktorzy przytulili mnie na dwa treningi w tygodniu, powoli zblizaja sie do swojego startu, czyli do stowy w Passatore. Trenuja prawie codziennie. Przygladam im sie i... moze nieladnie to brzmi, ale probuje wyciagnac nauki z ich doswiadczen i nie popelniac ich bledow. Bo np unikają klasycznej rozgrzewki, tylko rozgrzewaja sie w biegu, robiac pierwsze dwadziscia minut powoli. Niby tak tez jest dobrze, ale gdy w ostatnia srode ruszylismy po takiej wlasnie rozgrzece do kilometrowki w tempie 12/h (ja odpuscilam po pierwszej), po trzeciej I. wysiadlo kolano, G. poczul bol w udzie. Cos tam zaczelam gdakac, ze nie tak sie powinno, ale na mnie lypnela M; nie dziwie sie – moje doswiadczenie przy ich - zadne. Baknelam tylko na usprawieliwienie – bo w Polsce taki boom teraz na bieganie i wszedzie tak trabia o tej rozgrzewce. Podobnie zreszta z rozciaganiem – tylko ja po biegu rozciagam, co tam Staszewski kaze.
W ubiegłym tygodniu odzyskałam buty i podleczyłam otarcia. Z moim zdaniem, że paznokieć tragicznie nie wygląda, nie chce się zgodzić doc. - Jak Ci zacznie odchodzić i dostaną się bakterie to zobaczysz - straszy. Mam nadzieję, że paznokieć nie zacznie się odklejać juz teraz, bo wtedy trzeba bedzie go zdjąć, a to oznacza dłuższą przerwę w bieganiu. Za głupotę trzeba płacić. I to dosłownie, bo mój ubezpieczyciel tak nam podniósł stawkę (pewnie z powodu mojej choroby), że musieliśmy się pożegnać. Z nowym już umowę podpisaliśmy, ale ubezpieczenie obejmie nas dopiero od Dnia Dziecka. Paznokieć musi w maju zostać więc na swoim miejscu, a rożne inne przypadłości wstrzymać się z atakiem na Rodzinę Ha.
Podleczylam jedne, nabawiłam się nowych. W sobote mieliśmy wybieganie - dwie i pol godziny, z czego dwie godziny dziesięć razy w góre i w dół, po 850 metrów na latarnię Mammel. Wyszedł mi prawie półmaraton! Górka tym razem dała mi się we znaki i resztę soboty masowałam sobie cztery litery. Ale było warto. Dobiegając do szczytu i robiąc nawrót patrzyłam z góry raz na Dakar, raz na ocean i wszystko, wszystko w moim życiu wydawało mi się możliwe do zdobycia i zrealizowania.
W niedzielę dałam się namówić na chodzenie. Spowodowało to niestety znaczne ochłodzenie rodzinnej atmosfery na resztę dnia, bo opuściłam moją Rodzinkę i poszłam "spędzać czas z tymi oszołomami, przez które robię dwa razy w tygodniu pobudkę o 5 w nocy!". Jeśli więc nie uda mi się Monsieur Ha namówić na chodzenie ze mna, raczej zrezygnuję. Ale ten pierwszy raz był bardzo sympatyczny. Kiludziesięcioosobowa grupa chodzących z kijkami i bez; znaczną jej część stanowią też biegacze. Przeszliśmy dość żywym tempem około 17 kilometrów, rozmawiając o wszystkim i niczym, rozkoszując się wczesnym, słonecznym porankiem. Zauważyłam, że chodzenie aktywuje inne partie mieśni niż bieganie. Poznałam to po umiejscowieniu nowych pęcherzy na stopach – są tam, gdzie ich jeszcze nie miałam. Do tego podczas marszu zaczęły mnie boleć biodra, pięty, podeszwy. Ostatnie dwa kilometry były już tak uciążliwe i męczące, że musiałam je przebyć... biegiem. Marszem nie dałabym rady. Zbyt męczące.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sporty rozne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sporty rozne. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 maja 2011
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Sztuka powstrzymywania się ;)
Syn zwagarował swój sobotni sport. Zamiast grać w kosza wolał zostać w domu czekając, aż mu prąd do kompa podłączą. Ale ja nie zwagarowałam. Wyciągnęłam męża znów na chodzeniobieganie. Trasa obcykana z zamkniętymi oczami, więc zaczęły mnie się czepiać głupie myśli - wiesz, dobrze by nam zrobiła terapia małżeńska. Albo wspólny kurs tańca - oznajmiłam mężowi. Najpierw się obruszył, potem przestraszył - ale przecież nie przechodzimy kryzysu - na koniec chciał się w piersi bić - to powiedz co robię źle albo co Ci nie odpowiada - no właśnie, przecież on kompletnie nie wie o co mi chodzi. Chodzi mi, żeby było lepiej, fajniej, intensywniej. Ale żeby mu całkiem nie psuć soboty temat zamknęłam. Do czasu.
Niedziela zaczęła mi się bardzo wcześnie, przed 6 rano. Smutna okazja kazała mi pojechać do koleżanki, potowarzyszyć jej podczas mszy (koleżanką zakonnicą jest) i podtrzymać trochę na duchu. Zdziwiło mnie, że około 6.30, gdy ciemności spowijają Dakar, naliczyłam siedmiu biegających mężczyzn. Przy czym dwóch o mały włos nie przejechałam, powinni kurcze coś odblaskowego na sobie mieć. Maż mi wytłumaczył, że o tej godzinie nigdy nie jest gorąco i takie bieganie przed świtem jest dość popularne. O, i dowiedziałam się czegoś nowego.
W niedzielę po południu wyciągnęłam całą rodzinę (zgodzili się, bo znów prądu nie było) na bieganiochodzenie (zauważacie tę subtelną różnicę między chodzeniobieganiem a bieganiochodzeniem?) do Parc de Hann, jedyny w Dakarze park, konkretniej park leśny. I olśniło mnie - tam jest idealne podłoże do biegania - ścieżki. Porządna rozgrzewka, wolniutki bieg z przerwami na chodzenie, rozciąganie. Rozmów o pogłębianiu więzi małżeńskich nie przeprowadzałam, skupiliśmy się tylko na rozśmieszaniu Średniej, która w ciężki wiek weszła, w którym wszystko jest nieciekawe i do d.... Udało nam się przywrócić uśmiech na buzi i radość życia na tyle, by po powrocie zaczęła robić łańcuch ba choinkę. Dzisiaj skończyła. Trzy metry z okładem.
A dzisiaj rano obudziłam się znów o 6. Wsłuchałam się w moje ciało, po wekendowych ekscesach żaden nowy ból się nie pojawił. Poszłam więc na salkę. Pobiegałam 30 minut na bieżni ruchomej, nawet zrobiłam 4 x 90 sekundowe, wolniutkie podbiegi (komputer pokazał 3,5, to pewnie ma znaczyć nachylenie o kącie 35 stopni) i na koniec dwie 90 sekundowe przebieżki. Potem trzy serie na rączki i tak podładowana poszłam na godzinny strech. Teraz wieczorkiem czuję się mile zmęczona. Zobaczymy jutro.
Przyznam się do czegoś. Bardzo ciężko mi było powstrzymać się i nie próbować szybciej biec, a na rozciąganiu mocniej pogłębiać i naciągać. Z żalem patrzyłam, na ćwiczącą obok mnie Amerykankę. przecież to ja zawsze mogłam zrobić głębszy skłon i dalej te ręce położyć, a dzisiaj ja przy niej jak nowicjuszka. Ale dumna jestem, nie dałam się wkręcić własnej głupocie i poprzestałam na poziomie pań pięćdziesięcioletnich. Buuuuuuuuuuu Po zajęciach porozmawiałam o tym trochę z instruktorką. Obiecała puszczać do mnie oko, jak się zapomnę i zacznę znów udawać Schwarcenegera.
A po południu obserwowałam Średnią na zajęciach z baletu. Jakiś czas temu zgadałam się z Marciochą, która bardzo rozciągnięta jest, że ja nie jestem, ale Średnia bardzo. Czemu więc dziecku odmawiać, tym bardziej, ze wytrwałe jest, po krótkim szkoleniu jakie latem dała jej Mbarou ćwiczy codziennie i już szpagat robi. Średnia chodzi na balet od trzech miesięcy i uważam, że każdej dziewczynce, ba, jak pokazuje przykład Marciochy - każdej kobitce by się to przydało. Pierś do przodu, głowa do góry, barki ściągnięte, biodra wypchnięte i ... cały świat do nas należy. Popatrzyłam z przyjemnością na te większe i mniejsze, lżejsze i cięższe. Przynajmniej one nie będą się garbić, chylić, stać jak ciumcie. Nie, żebym jakąś wielką estetką była; o świadomość własnego ciała i zdrowie tu chodzi.
Marciocha spytała mnie, czy obserwując małe sama nie miałam ochoty popląsać. Nie. Od samego patrzenia mnie bolało.
Niedziela zaczęła mi się bardzo wcześnie, przed 6 rano. Smutna okazja kazała mi pojechać do koleżanki, potowarzyszyć jej podczas mszy (koleżanką zakonnicą jest) i podtrzymać trochę na duchu. Zdziwiło mnie, że około 6.30, gdy ciemności spowijają Dakar, naliczyłam siedmiu biegających mężczyzn. Przy czym dwóch o mały włos nie przejechałam, powinni kurcze coś odblaskowego na sobie mieć. Maż mi wytłumaczył, że o tej godzinie nigdy nie jest gorąco i takie bieganie przed świtem jest dość popularne. O, i dowiedziałam się czegoś nowego.
W niedzielę po południu wyciągnęłam całą rodzinę (zgodzili się, bo znów prądu nie było) na bieganiochodzenie (zauważacie tę subtelną różnicę między chodzeniobieganiem a bieganiochodzeniem?) do Parc de Hann, jedyny w Dakarze park, konkretniej park leśny. I olśniło mnie - tam jest idealne podłoże do biegania - ścieżki. Porządna rozgrzewka, wolniutki bieg z przerwami na chodzenie, rozciąganie. Rozmów o pogłębianiu więzi małżeńskich nie przeprowadzałam, skupiliśmy się tylko na rozśmieszaniu Średniej, która w ciężki wiek weszła, w którym wszystko jest nieciekawe i do d.... Udało nam się przywrócić uśmiech na buzi i radość życia na tyle, by po powrocie zaczęła robić łańcuch ba choinkę. Dzisiaj skończyła. Trzy metry z okładem.
A dzisiaj rano obudziłam się znów o 6. Wsłuchałam się w moje ciało, po wekendowych ekscesach żaden nowy ból się nie pojawił. Poszłam więc na salkę. Pobiegałam 30 minut na bieżni ruchomej, nawet zrobiłam 4 x 90 sekundowe, wolniutkie podbiegi (komputer pokazał 3,5, to pewnie ma znaczyć nachylenie o kącie 35 stopni) i na koniec dwie 90 sekundowe przebieżki. Potem trzy serie na rączki i tak podładowana poszłam na godzinny strech. Teraz wieczorkiem czuję się mile zmęczona. Zobaczymy jutro.
Przyznam się do czegoś. Bardzo ciężko mi było powstrzymać się i nie próbować szybciej biec, a na rozciąganiu mocniej pogłębiać i naciągać. Z żalem patrzyłam, na ćwiczącą obok mnie Amerykankę. przecież to ja zawsze mogłam zrobić głębszy skłon i dalej te ręce położyć, a dzisiaj ja przy niej jak nowicjuszka. Ale dumna jestem, nie dałam się wkręcić własnej głupocie i poprzestałam na poziomie pań pięćdziesięcioletnich. Buuuuuuuuuuu Po zajęciach porozmawiałam o tym trochę z instruktorką. Obiecała puszczać do mnie oko, jak się zapomnę i zacznę znów udawać Schwarcenegera.
A po południu obserwowałam Średnią na zajęciach z baletu. Jakiś czas temu zgadałam się z Marciochą, która bardzo rozciągnięta jest, że ja nie jestem, ale Średnia bardzo. Czemu więc dziecku odmawiać, tym bardziej, ze wytrwałe jest, po krótkim szkoleniu jakie latem dała jej Mbarou ćwiczy codziennie i już szpagat robi. Średnia chodzi na balet od trzech miesięcy i uważam, że każdej dziewczynce, ba, jak pokazuje przykład Marciochy - każdej kobitce by się to przydało. Pierś do przodu, głowa do góry, barki ściągnięte, biodra wypchnięte i ... cały świat do nas należy. Popatrzyłam z przyjemnością na te większe i mniejsze, lżejsze i cięższe. Przynajmniej one nie będą się garbić, chylić, stać jak ciumcie. Nie, żebym jakąś wielką estetką była; o świadomość własnego ciała i zdrowie tu chodzi.
Marciocha spytała mnie, czy obserwując małe sama nie miałam ochoty popląsać. Nie. Od samego patrzenia mnie bolało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

