Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 stycznia 2012

Sport?

Obejrzalam sie krytycznie w lustrze. Niebezpodstawnie ktos mi dal ostatnio piecdziesiat lat.
Za cztery miesiace skoncze czterdziestke...

Moze powinnam sie kapac w kolagenie? Albo go sobie wstrzykiwac gdzie sie da? Podczas piatkowej kontroli probowalam wciagnac w te zarty Doca. Nawet nie odpowiedzial. Wpatrzony w ekran usg, analizujac wyniki badan, zignorowal moje kobiece problemy. Moze powinnam sie z nimi udac do geriatry?

Doc nie widzi nic niepokojacego. Wzrost markera SCC i lekkie przekroczenie normy - obserwujemy i powtarzamy badanie za dwa miesiace. I spimy spokojnie. Ta, on na pewno...

Wybralam sie wczoraj na krotki, pieciokilometrowy spacer z kijkami. Nad ranem wyrwal mnie ze snu bol prawego stawu biodrowego i kolan. Moze wiec powinnam jednak ten kolagen strzyknac sobie prosto do stawow? Wieczorem ide na trzecie zajecia jogi. Umieram na nich z nudow, sport dla emerytow.

Samopoczucie takie sobie, nastroje tez. Nie daje sie wciagnac czarniej dziurze, ktora wiruje blisko i coraz blizej. Kurczowo staram sie czepiac malych radosci, przyjemnostek i zachwytow. I oszukiwac sama siebie - zdjelam okulary i po mieszkaniu sune bez - lekko rozmyte kontury twarzy prezentuja sie duzo korzystniej.

niedziela, 15 maja 2011

O poranku w niedzielę

Moje maratońskie zapały dostały dzisiaj kubeł zimnej wody. W ramach przygotowań do maratonu pieszego przeszłam dzisiaj 25 kilometrów w około 3 i pół godziny. Jestem tak zmeczona, że nie chce mi się robić wyliczeń, w jakim tempie szliśmy po odjęciu wszystkich przystanków. Ostatnie dwa kilometry znów pokonałam biegiem, bo biodra nawalały i domagały się zmiany ergonomiki ruchu. Po powrocie do domu wtarłam w nie żel Clipol, działa cudownie przeciwbólowo i chłodząco. Z innych doznań: 1 - jeszcze godzinę po marszu czułam ciepło w kolanach, 2 - znów porobiły mi się bąble na wewnętrznych stronach pięt, 3 - bolą mnie mięsnie długłowe ud (o ile uda takie mają), mocno, nawet przy lekkim dotyku.
Mam więc namiastkę wyobrażenia, jak się człowiek musi czuć po przebiegnięciu/przejściu maratonu.

Pozwolę sobie jeszcze dorzucić głos w sprawie odchudzania. Nie wiem jak ludziom udaje się schudnąć uprawiając intensywnie sport. Po dzisiejszym "spacerku" zjadłam dwa domowe hamburgery, jeden na obiad, drugi na kolację, i cała furę niezdrowego, rakowego żarcia, które zostało po wczorajszych urodzinach Średniej: pop corn, ciasto, orzeszki, nawet jakieś resztki chipsów. Pisząc te słowa popijam mrożoną kawę, w której pływa ogromna porcja lodów (śmietany juz nie dałabym rady). A ważąc się ostatnio doszłam do wniosku, że koniec z bezkarnością jedzeniową. Dobijam do 52 kilo i wystarczy, więcej już nie chcę.

Sukcesem dzisiejszego dnia był debiut pana Ha w marszach przełajowych "chodzimy po Dakarze". Nie przeszedł ze mną całych 25 kilo, dobił do nas mniej więcej w 2/3 drogi, gdy przechodziliśmy obok naszego domu, potem chwalił się dzieciom, że przeszedł połowę. A niech mu będzie.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Sztuka powstrzymywania się ;)

Syn zwagarował swój sobotni sport. Zamiast grać w kosza wolał zostać w domu czekając, aż mu prąd do kompa podłączą. Ale ja nie zwagarowałam. Wyciągnęłam męża znów na chodzeniobieganie. Trasa obcykana z zamkniętymi oczami, więc zaczęły mnie się czepiać głupie myśli - wiesz, dobrze by nam zrobiła terapia małżeńska. Albo wspólny kurs tańca - oznajmiłam mężowi. Najpierw się obruszył, potem przestraszył - ale przecież nie przechodzimy kryzysu - na koniec chciał się w piersi bić - to powiedz co robię źle albo co Ci nie odpowiada - no właśnie, przecież on kompletnie nie wie o co mi chodzi. Chodzi mi, żeby było lepiej, fajniej, intensywniej. Ale żeby mu całkiem nie psuć soboty temat zamknęłam. Do czasu.

Niedziela zaczęła mi się bardzo wcześnie, przed 6 rano. Smutna okazja kazała mi pojechać do koleżanki, potowarzyszyć jej podczas mszy (koleżanką zakonnicą jest) i podtrzymać trochę na duchu. Zdziwiło mnie, że około 6.30, gdy ciemności spowijają Dakar, naliczyłam siedmiu biegających mężczyzn. Przy czym dwóch o mały włos nie przejechałam, powinni kurcze coś odblaskowego na sobie mieć. Maż mi wytłumaczył, że o tej godzinie nigdy nie jest gorąco i takie bieganie przed świtem jest dość popularne. O, i dowiedziałam się czegoś nowego.

W niedzielę po południu wyciągnęłam całą rodzinę (zgodzili się, bo znów prądu nie było) na bieganiochodzenie (zauważacie tę subtelną różnicę między chodzeniobieganiem a bieganiochodzeniem?) do Parc de Hann, jedyny w Dakarze park, konkretniej park leśny. I olśniło mnie - tam jest idealne podłoże do biegania - ścieżki. Porządna rozgrzewka, wolniutki bieg z przerwami na chodzenie, rozciąganie. Rozmów o pogłębianiu więzi małżeńskich  nie przeprowadzałam, skupiliśmy się tylko na rozśmieszaniu Średniej, która w ciężki wiek weszła, w którym wszystko jest nieciekawe i do d.... Udało nam się przywrócić uśmiech na buzi i radość życia na tyle, by po powrocie zaczęła robić łańcuch ba choinkę. Dzisiaj skończyła. Trzy metry z okładem.

A dzisiaj rano obudziłam się znów o 6. Wsłuchałam się w moje ciało, po wekendowych ekscesach żaden nowy ból się nie pojawił. Poszłam więc na salkę. Pobiegałam 30 minut na bieżni ruchomej, nawet zrobiłam 4 x 90 sekundowe, wolniutkie podbiegi (komputer pokazał 3,5, to pewnie ma znaczyć nachylenie o kącie 35 stopni) i na koniec dwie 90 sekundowe przebieżki. Potem trzy serie na rączki i tak podładowana poszłam na godzinny strech. Teraz wieczorkiem czuję się mile zmęczona. Zobaczymy jutro.

Przyznam się do czegoś. Bardzo ciężko mi było powstrzymać się i nie próbować szybciej biec, a na rozciąganiu mocniej pogłębiać i naciągać. Z żalem patrzyłam, na ćwiczącą obok mnie Amerykankę. przecież to ja zawsze mogłam zrobić głębszy skłon i dalej te ręce położyć, a dzisiaj ja przy niej jak nowicjuszka. Ale dumna jestem, nie dałam się wkręcić własnej głupocie i poprzestałam na poziomie pań pięćdziesięcioletnich. Buuuuuuuuuuu Po zajęciach porozmawiałam o tym trochę z instruktorką. Obiecała puszczać do mnie oko, jak się zapomnę i zacznę znów udawać Schwarcenegera.
A po południu obserwowałam Średnią na zajęciach z baletu. Jakiś czas temu zgadałam się z Marciochą, która bardzo rozciągnięta jest, że ja nie jestem, ale Średnia bardzo. Czemu więc dziecku odmawiać, tym bardziej, ze wytrwałe jest, po krótkim szkoleniu jakie latem dała jej Mbarou ćwiczy codziennie i już szpagat robi. Średnia chodzi na balet od trzech miesięcy i uważam, że każdej dziewczynce, ba, jak pokazuje przykład Marciochy - każdej kobitce by się to przydało. Pierś do przodu, głowa do góry, barki ściągnięte, biodra wypchnięte i ... cały świat do nas należy. Popatrzyłam z przyjemnością na te większe i mniejsze, lżejsze i cięższe. Przynajmniej one nie będą się garbić, chylić, stać jak ciumcie. Nie, żebym jakąś wielką estetką była; o świadomość własnego ciała i zdrowie tu chodzi.

Marciocha spytała mnie, czy obserwując małe sama nie miałam ochoty popląsać. Nie. Od samego patrzenia mnie bolało.

sobota, 25 września 2010

Wzmacniam pupcie, wzmacniam nozki

Zabralam sie takze za wzmacnianie nog. Nadal nie moge sie przemoc i usiasc przy tych okropnych silowych maszynach. Instruktor pomogl mi wiec naszkicowac plan cwiczen silowych bez maszyn:


- w lezeniu na plecach, nogi zgiete opieraja sie o podloge – unoszenie tylka (x 24), unoszenie tylka na jednej nodze (2 x 24), zmiana nogi,

- w kleku podpatrym wznoszenie w gore nogi prostej (16), zgietej (16), do boku (16) i na ukos (16), zmiana nogi,

- w kleku podpartym bokiem wznoszenie nogi w bok (16 na kazda noga), to na wzmacnianie „boczkow” moich,

- polprzysiady (20) i cwiercprzysiady (20).

W planach mam jeszcze inne cwiczenia. Na razie to wystarczy.

Podsumowujac moje ostatnie dwa tygodnie, smialo moge powiedziec, ze byly one bardzo sportowe. Cieszy mnie to nie tylko ze wzgledu na rosnaca forme, ale takze „efekt porzadkujacy”, jaki w moje zycie wnosi bieganie. Trzeba sobie zaplanowac, opracowac, wczesnie polozyc sie spac i trzymac sie w miare konsekwentnie wlasnych zamierzen. Lad i porzadek, element nudnawy, ale bardzo porzadany.

piątek, 24 września 2010

Rozgrzewka

Podczas minionego tygodnia popracowalam nad rozgrzewka i wzmacnianiem nog i tylka (za rada Hankiskakanki). Przejrzalam co proponuje internet i stworzylam pietnastominutowy rozruch, uwzgledniajac moje potrzeby indywidualne, czyli koniecznosc intensywnego rozruszania i rozgrzania bioder.

Rozgrzewke podzielilam na trzy czesci, dwie pierwsze sa statyczne (w miejscu), trzecia dynamiczna; kazda trwa m.w. piec minut. Prezentuje sie to tak:

I Rozruch ogolny wszystkich czesci ciala, zaczynajac od glowy, tulowia, przez rece, nogi itd. Wzorowalam sie, a wlasciwie to spapugowalam calosc ze starego programu Cindy Crawford, ktory kilkanascie lat temu pomogl mi w dochodzeniu do formy po pierwszym i drugim porodzie. Ten maly wstepniak wlasciwie stal sie dla mnie archetypem rozruchu, moje cialo lubi go, no i nie mam problemow z zapamietaniem sekwencji cwiczen, przez co wykonuje je wlasciwie automatycznie.

II Druga czesc poswiecona nogom. Cwiczenia w miejscu przy drazku albo drzewie – wymachy nog w bok i na wprost (8 razy w kazda strone). Przenoszenie ciezaru ciala w rozkroku z jednej nogi na druga z lekkim poglebianiem (x8), wypady (kazda noga x8), przysiady (x8). Po tym jeszcze raz skrety tulowia (nie za duzo i nie za intensywnie, by nie nie doprowadzic przed treningiem do zwiotczenia tego mojego paska biodrowego).

III Rozgrzewka w biegu. Odcinek ok. 20 metorw, tam i z powrotem z wymachami rak, krokiem dostawnym, wyskokami, skretami. Troche jak to pokazuje Staszewski (krecenie kolanami niezapomniany widok, chle chle), a troche jak nas uczyl nauczyciel wuefu w podstawowce – rozgrzewka przed meczem koszykowi. Odpuszczam sobie sklony w biegu, sa dla mnie zbyt obciazajace odcinek ledzwiowy kregoslupa.

Mysle, ze taka rozgrzewka powinna wystarczyc. Wyprobowalam ja dwa razy przed 25 minutowym biegiem i efekt chyba byl dobry, po biegu i pieciominutowym rozciaganiu moje „boki” nie przypominaly mi o swoim istnieniu, czyli nie bolalo.

Za to wczoraj bolal mnie znow pas biodrowy, pupa i dol plecow. Sama jestem sobie winna - poszlam na step i body jam. Duzo podskokow, sklonow i roznych innych monotonnych ruchow (chociaz sam body jam monotonny nie jest, wrecz przeciwnie, bawie sie podczas tych zajec jak dziecko), za malo rozciagania. I tutaj smutna konkluzja. Powinnam zrezygnowac z „cwiczenia wszystkiego i jak leci”, jesli na prawde mam w kwietniu przebiec 10 kilometrow albo polmaraton. Tylko ze ja tak lubie zajecia z fitnessu. Jest jeszcze jeden powod, dla ktorego bede musiala ograniczyc fitness. Zeby bez uszczerbku na zyciu rodzinnym zmiescic w tygodniu to wszystko co powinnam robic i na co mam ochote, musialabym sama zostac instruktorem :D. Ech, i po cholere czlowiek szedl na studia, zamiast dwadziesia lat temu machnac kurs instruktora. Robilabym teraz to co lubie i byla (jeszcze) szczesliwszym czlowiekiem.

wtorek, 14 września 2010

Biegowy rachunek sumienia

Polowa wrzesnia, za miesiac ruszaja tu rozne amatorskie grupki biegajacych, najwyzszy czas na podsumowanie "osiagniec" i nakreslenie celow.

Z moim bieganiem nie jest najlepiej. Waga sie ustabilizowala okolo 49 kilogramow, wiec pod tym wzgledem nie jest zle. "Gore" mam nadal przerazliwie chuda, ale "doly" najwyrazniej sie wzmocnily (mam nadzieje, ze to miesnie, a nie tluszczyk). Chodze do mojego klubu na zajecia z body dance i strech i jak cos mi sie tam innego nawinie, sporadycznie plywam, silownie omijam szerokim lukiem. Biegam zaledwie dwa razy w tygodniu i to nie wiecej niz 25 minut, wiec... mysle, ze nie mozna tego nawet nazwac bieganiem. Na wiecej zwyczajnie brakuje mi sil, to znaczy oddechowo jest ok, moge dalej, tylko czuje jakby "zmeczenie materialu". No i po bieganiu boli w dole plecow i biodra w kierunku posladkow (po fr to chyba bande illio - tibiale, po pol nie wiem jeszcze). Uciazliwe to bardzo i nieprzyjemne. Wstyd sie przyznac, ale winna jest prawdopodobnie byle jaka rozgrzewka i byle jakie rozciaganie po biegu. Naswietlania kobaltem i rozlegla operacja w miednicy tez maja swoje znaczenie, mysle jednak, ze drugorzedne. Kolejny powod braku postepow jest natury organizacyjnej. Starsza nadal ma wakacje, Maz urlop, nie zalapalismy jeszcze zadnego rytmu i trudno mi nakreslic jakikolwiek plan tygodnia. Wiem wiem, zlej baletnicy.... i mistrzowie organizacji na pewno by sobie poradzili w mojej sytuacji. Ale ja mistrzem organizacji nie jestem i juz. Za trzy, cztery tygodnie wszystko powinno lagodnie i samostnie sie nakreslic, czyli kiedy czas wolny, godziny sportow dzieci, kto i kiedy bierze samochod.

Juz raz pisalam o tym. Najwyzszy czas zabrac sie za bieganie z glowa. Cele na ten miesiac sa dwa:
1. Zajac sie rozgrzewka i rozciaganiem. Wyszukac i opracowac optymalne dla mnie cwiczenia, wbic sobie do glowy, zabetonowac i wykonywac zawsze.
2. Rozbiegac sie, by w pazdzierniku moc powiedziec "biegam/truchtam swobodnie 40 minut".

Nie wyglada to imponujaco i zdolowalo mnie niezle. Plasuje mnie to gdzies w dolach grupy "biegasz 30 minut", czyli slaba baza. Ciagle jestem na poczatku drogi po polmaratonu.

czwartek, 2 września 2010

Zapasy

Senegalczycy, jak chyba wszyscy Afrykanie, pasjonuja sie wielce pilka nozna. Kazdy mecz z udzialem reprezentacji budzi wielkie emocje. Pamietam te sprzed 8 lat, kiedy to w meczu otwierajacym mistrzostwa swiata, Senegal pokonal Francje. To byl nie tylko mecz. To bylo wydarzenie historyczne; Senegal pokonal bylego kolonizatora.

Sam mecz mial przebieg dramatyczny. Slupki, poprzeczki, spalone. Siedzialam rozwalona i gruba jak beczka na fotelu i gdakalam - jesli Senegal strzeli choc jedna bramke, a ja urodze chlopca, to dam mu imie tego pilkarza. Urodzilam dwa dni pozniej. Najmlodszy otrzymal jednak imie po dziadku - piekny (arab) :D. Nie moglam go skrzywdzic i dac imie Pap Buba...

Drugi sport narodowy to tradycyjne zapasy senegalskie. Jak to w zapasach, jeden zawodnik musi powalic drugiego. Zdawaloby sie nic ciekawego. Ale przyjechac do Senegalu i nie widziec TYCH zapasow, to jakby nic nie widziec. Zawody trwaja kilka godzin, sama walka zaledwie kilka minut, czasami sekund. Przed walka sa parady druzyn przeciwnikow, tance, spiewy griotow, czary - serio, polewanie sie specjalnymi popluczynami, przystarajanie w gri-gri - na glowie, ramionach, udach. I to wszystko mozna zobaczyc na wielkim stadionie narodowym lub w telewizji (jak mi ktos podpowie jak zamiescic filmik z netu to tu go wkleje)

Przy hotelowej plazy cwiczyla wlasnie taka druzyna. Bylo na co popatrzec.
(zdjecia z hotelowej plazy z grudnia 2009, kilka dni przed moja operacja, fot: Basiangha)

Odkrylam niedawno, ze niedaleko nas, na takim pustym ugorze jak nasz pierdolnik, inna grupa zapasnikow wysypala czysty piaseczek i robi codzienne treningi. Ech zamarzylo mi sie, zeby tak pod moim oknem kuchennym panowie sobie fikali. Zdawalabym wtedy relacje fotograficzna co dwa dni :D

wtorek, 1 czerwca 2010

wstydliwe badanie na k..., Hôpital Principal, rekordy





Dr Kocur nalegal od kilku miesiecy zebym zrobila „wstydliwe badanie na k…” – i nie jest to badanie krwi... Bo podczas operacji gdy robil przeglad flakow, zauwazyl brzydki stary diverticule – uchylek na esicy. Pytal o problemy gastryczne, no nigdy nie mialam, jesli nie liczyc klucia po.. przepiciu i przejedzeniu w Polsce (bo tylko tam mi sie zdazaly takie ekscesy) – o to, to wlasnie – wykrzyknal – o te symptomy mi chodzi. Stanelo wiec, ze kiedys musze to badanie zrobic.

Rzeczywistosc okazala sie jak zawsze zagmatwana. Niepasujace terminy, niepasujacy lekarz, albo badanie robie platnie – bagatelka – tutaj to ok. 700 euraskow. Oj nie, uparlam sie, chce na ubezpieczenie albo w Polsce (125 euraskow). Dzisiaj Szpital Glowny – Hopita Principal zadzwonil do mnie, ze moge wreszcie przyjsc ustalic termin badania. Szpital to ten budynek powyzej. Przepiekny, zabytkowy zespol kilkunastu pokolonialnych pawilonow. Nowoczesniejsze budynki oczywiscie tez sa. Spedzilam tam calutki luty, cale 28 dni. Brrrr. Ale dbali o mnie bardzo, bardzo dobrze. Gdy wydobrzalam na tyle, by moc spacerowac po pieknych kruzgankach i ogrodkach i zaczelam sie juz troche zadomawiac, wymeldowali mnie i kazali wracac do domu. Dzisiaj biegalam od biura do biura ustalajac date „badania na k”, spotkania z anestezjologiem, badan krwi. Oczywiscie kazda z tych spraw w innym biurze, na inny papierek i u innej sekretarki. Ech, niech zyje biurokracja. Ale nie narzekam, szpital piekny, biegalo mi sie z przyjemnoscia (czekam na ochy i achy nad uroda szpitala...).

A po poludniu prawdziwe bieganie - poprawilam o minute swoj rekord sprzed tygodnia. Ale stanu wyzszej swiadomosci nie osiagnelam, malo tego, myslalam, ze na koniec pluca wypluje. Pewnie zaczelam za szybko. Odpuszczam sobie szybkosc i stawiam od dzisiaj na wytrzymalosc – niewazne w jakim tempie, wazne, zeby bylo min. 40 min. biegu ciaglego trzy razy w tygodniu. Zreszta – rosnaca temperatura i wilgotnosc nie pozwola mi na poprawianie wynikow.

środa, 26 maja 2010

Sport remedium na wiele

Cos mi sie wydaje, ze ten moj fiol z dawaniem sobie wcirow powiazany jest z choroba. Sama sobie udowadniam, ze skoro tyyyyle moge, to znaczy, ze zdrowa jestem. Wielki fiol jak nic. I dotyczy to nie tylko sportu, ale ogolnie przekraczania wlasnych mozliwosci. Wiem, ze moze mi sie zachciec przekraczac takze inne granice, np. moralnosci, tak miewaja rozni „ocalency”, wiec trzeba sie trzymac na bacznosci...

Jest jeszcze inny aspekt. Podczas leczenia i trzy miesiace rekonwalescencji wsluchiwalam sie, musialam to robic, nie mialam innego wyjscia - w moje cialo. Jego sygnaly, potrzeby. Chcialo spac – spalam, chcialo pic – pilam, chcialo lezec – lezalam, nie chcialo jesc – nie jadlam (no, tutaj to pertraktowalam), chociaz glowa wcale nie miala na to ochoty, musialam tak robic, bo sil braklo na wszystko. Ale teraz ja tu rzadze – i zaczelam je katowac. Sie buntowalo na poczatku, nadal probuje, ale ja juz jestem gora. Bolaly mnie miesnie ktorych nie mialam, kostki u nog strzykaly wieczorem jak glupie, blizna ciagnela podczas cwiczen (do dzisiaj czasem mam wrazenie ze naraz pusci i zrobi glosne trrrrrach podczas body balance), a wewnatrz miednicy i w pachwinach cos mnie blokowalo przy rozciaganiu. Ale to przeszlosc prawie. Bo znow tu rzadze!

Bardzo lubie wieczorny widok jaki roztacza sie na Zachodnim Nadmorskim Bulwarze Dakaru. Setki biegajacych ludzi. I to nie tylko tych zamoznych, w modnych dresach i calym osprzetem potrzebnym i niepotrzebnym. Biegaja takze ci bez pracy, bez zajecia gwarantujacego staly dochod, zdawalo by sie bez perspektyw. Inwestuja w swoje zdrowie i stan ducha, co swiadczy o wielkiej sile i optymizmie; to inwestycja z mysla o przyszlosci i o lepszych czasach. Taka postawa – ok, teraz jestem biedny, ale to nie znaczy, ze moje cialo ma to odczuwac, bo w przyszlosci gdy przyjda dla mnie lepsze czasy, co mi bedzie po niedoleznym ciele? Bardzo mi tym imponuja, bo ich rowiesnicy w Polsce w podobnej sytuacji raczej zasilaliby puby i budki z piwem... A moze sie myle?

wtorek, 25 maja 2010

Bylam w niebie ! 4 km w 27 minut !!!

Chyba jestem fisnieta z tym bieganiem.

Polazlam na bieznie przekonana, ze nic z siebie nie wycisne po podrozy i nocnych koncertach w Saint-Louis, a tutaj prosze – najwyrazniej przerwa dobrze mi zrobila. Bieglam i bieglam, 4 km stuknal w 27 minucie, potem byl 6 km, a ja biegla dalej. Bez przerwy 40 min i z podbiegami! I weszlam w ten stan, ten cudowny stan, kiedy mozesz biec i biec i czujesz sie szczesliwa i wolna (na ile mozna czuc sie wolnym na biezni w klubie;).

Na pewno do mojej super formy przyczynil sie fakt, ze wreszcie zlapalam minimalna wage dla mojego wzrostu (48 kilo). Jelitko ostatnio dobrze pracuje, apetycik dopisuje, to i miesnie wreszcie sie pojawily.

Cos jeszcze chcialam napisac, ale zapomnialam co. Moze ktos ma jakas rade, co zrobic z ta dziurawa pamiecia po sztucznej menopauzie?